Rozdział 40 – Święta u Cullen’ów

Witajcie, moi najdrożsi :) Nadszedł dzień, w którym wreszcie dodaję rozdział czterdziesty! Jest on baaardzo długi, troszkę się w nim dzieje i mam nadzieję że Wam się spodoba ;) To rozdział świąteczny, choć nie Wielkanocny jak moglibyście przypuszczać XD Napisałam go już dosyć dawno, i tak pomyślałam że fajnie byłoby napisać coś innego. Dajcie znać w komentarzach jak wrażenia :D

Chciałabym jeszcze powiedzieć, że nie znam terminu dodania kolejnej notki. Mam teraz dużo nauki, codziennych obowiązków, i do tego dorwał mnie jakiś brak weny ostatnio ;/ Więc nie wiem, kiedy możecie spodziewać się nowego rozdziału. Ale spokojnie, nie zawieszam bloga, nie bójcie się. Jeżeli tak się stanie, na pewno Was o tym poinformuję. Trzymajcie kciuki, żeby coś mnie natchnęło i żeby to opowiadanie trwało nadal ;)

Dziękuję za uwagę. Życzę Wam jeszcze wesołych, spokojnych świąt Wielkanocnych :) Zapraszam do czytania :-*

 

 

 

Rozdział 40 – Święta u Cullen’ów

Wydarzenia z wizyty u władców naszego krwawego świata pozostały w umysłach naszej rodziny na długo. Przez kilka dni wszyscy byli jacyś przyciszeni, niechętni do rozmów i zabaw.

Ja dostałam specjalną pamiątkę. Któregoś dnia, kiedy chciałam się umyć, w lustrze w łazience przyjrzałam się swojemu odbiciu. Na lewej stronie szyi dostrzegłam przerywaną bliznę w kształcie półksiężyca, podobną do tych które miał Jasper na karku i ramionach. Ślad po ukąszeniu wampira, Aleca. To miejsce bolało, kiedy dotykałam. Już na zawsze miało mi o tym wszystkim przypominać.

Pomału wszystko wracało do normy. W naszym domu było słychać śmiech i rozmowy, wszystko było tak jak dawniej.

Czas leciał bardzo szybko, może nawet za szybko. Nim się obejrzeliśmy dni stały się coraz krótsze, a noce coraz dłuższe i ciemniejsze. Woda w rzekach i jeziorach zaczęła zamarzać. Na ziemię spadły pierwsze piękne, bialutkie płatki śniegu. Zaczęła się zima.

Co za tym idzie, wielkimi krokami zbliżały się Święta Bożego Narodzenia. Wszyscy domownicy byli tym faktem bardzo podekscytowani. Wiedziałam, jak wyglądają Święta, ale nigdy ich nie obchodziłam. Po co, kiedy byłam sama? To miały być moje pierwsze, wyjątkowe, w gronie rodziny.

Jako że nie mogliśmy przyrządzić tradycyjnych dwunastu potraw i przygotować uroczystej kolacji, wspólnie postanowiliśmy wybrać się w dzień Wigilii na długie rodzinne polowanie.

Przez ostatni tydzień wszyscy biegali i krzątali się po domu, zawsze gdzieś się spieszyli. Wydawało mi się, że zachowują się jakoś dziwnie, jakby coś przede mną ukrywali. Ale dlaczego mieli by to robić? Próbowałam zapytać o to Edwarda, ale ten palnął jakąś wymijającą odpowiedź i czym prędzej się oddalił. Z pozostałymi było tak samo. Nawet Jasper sprawiał wrażenie, że jest we wszystko wtajemniczony. Kiedy go o to wypytywałam spinał się i uciekał do Emmeta, niby do pomocy przy sprzątaniu garażu. Starałam się o tym nie myśleć, lecz ich dziwaczne zachowanie nie dawało mi spokoju. Denerwowałam się też tym, że nic nie mogłam wyłapać w swoich wizjach. Jakby wszyscy świadomie nie podejmowali żadnych decyzji. To było naprawdę okropne!

W Wigilię rano razem z Rose postanowiłyśmy wybrać się do centrum handlowego, bo jako jedyne nie miałyśmy jeszcze kupionych prezentów. Pojechałyśmy naszym autem. Chciałam też zabrać Jaspera, ale ten znowu wywinął się wieszaniem lampek na dachu naszego domu.

Czułam się źle, bo po raz kolejny pożyczyłam pieniądze od Carlisle’a, i wcale nie była to mała suma. Ale musiałam to zrobić, chciałam sprawić wszystkim przyjemność upominkiem. Choć doktor powiedział że nie muszę, to obiecałam że kiedy będę mogła to zwrócę wszystko z nawiązką.

W centrum rozdzieliśmy się i poszłyśmy w przeciwne strony. Dla Carlisle’a kupiłam książkę o najdziwniejszych chorobach świata i gruby notatnik, bo poprzedni już mu się kończył. Dla Esme przepiękny świecznik i kilka sadzonek roślin sprowadzonych z odległych krajów, żeby na wiosnę mogła zasadzić je w swoim nowym ogrodzie. Dla Emmeta piłkę do rugby z autografem jakiegoś znanego gracza. Dla Rosalie słodki, różowy kuferek wypełniony najróżniejszymi kosmetykami i kartę prezentową na darmowe zakupy w kilku sklepach. Dla Edwarda dwie płyty z muzyką klasyczną i zeszyt do nut, żeby mógł zapisywać więcej swoich niesamowitych melodii.

Najgorzej było z Jasperem, to z nim miałam największy problem. Obeszłam już chyba całe centrum ze dwa razy i nie mogłam znaleźć niczego odpowiedniego. Po kolejnej godzinie zastanawiania się w końcu zdecydowałam się na złoty zegarek.

Obładowane torbami i pakunkami wyszłyśmy z centrum śmiejąc się żartując. Wszyscy ludzie się na nas gapili, ale my nie zwracałyśmy na nich uwagi. Zapakowałyśmy wszystko do bagażnika i ruszyłyśmy w drogę powrotną.

Kiedy Rose skończyła opowiadać historię o pierwszych Świętach ze swoim ukochanym, postanowiłam delikatnie wypytać ją o to całe domowe zamieszanie. Wyglądało na to, że tylko ja byłam niedoinformowana.

- Rose – zaczęłam nie spuszczając wzroku z drogi, teraz ja prowadziłam – A… wiesz może co dzieje się w domu?

- Jak to co? – spięła się i nerwowo zachichotała. Aha, mam cię! – Przecież są Święta, wszystko trzeba przygotować, prawda?

- Tak, wiem o tym. Ale chodzi mi raczej o was. Wiecie o czymś, o czym ja nie wiem. No a przynajmniej tak mi się wydaje…

- Nie, no coś ty! – znów nerwowy chichot – Dlaczego mielibyśmy coś przed tobą ukrywać? Wszystko jest w porządku.

- Hm… A co z Jasperem? Dlaczego twoim zdaniem ciągle mnie unika? W ogóle wszyscy znikacie gdzieś przy pierwszej okazji i zostawiacie mnie samą.

- Och Al, nie dramatyzuj! I skup się lepiej na kierownicy. Wiesz ile czasu zajęło mi dzisiaj układanie włosów? Nie każ mi tego marnować.

No i tyle się dowiedziałam.

Po piętnastu minutach byłyśmy już w domu. Tak żeby nikt nie widział, przemknęłam do swojego pokoju i zamknęłam drzwi na klucz, choć mało prawdopodobne było żeby ktoś zechciał mnie odwiedzić.

Każdy prezent owinęłam w lśniący papier i przewiązałam wstążką. Doczepiłam jeszcze karteczki z imionami, żeby się później nie pomylić. Włożyłam wszystko do szafy, na półkę po swojej stronie, żeby Jazz niczego nie znalazł. Wyszłam z pokoju i zeszłam na dół. W salonie był Edward, czyścił swój fortepian.

- Hej braciszku – zagadnęłam.

- Hej chochliku – odparował, całkowicie pochłonięty swoim zajęciem.

Na dół zeszła też Rosalie i usiadła z westchnięciem na kanapie. Dopiero teraz zorientowałam się, że w domu nie ma nikogo oprócz nas.

- Gdzie są wszyscy? – zapytałam.

- Carlisle, Emm i Jazz poszli do lasu wybrać choinkę. A Esme jest w łazience na górze i bierze już godzinną kąpiel. Ja nie wiem co wy kobiety tam robicie przez tyle czasu.

- W odróżnieniu od ciebie, brudasie, dbamy o swoją higienę – Rose wyszczerzyła zęby w uśmiechu.

- Ha, takie śmieszne – Edward wywrócił oczami.

- A czy przypadkiem nie mieliśmy wybrać się dziś na polowanie? – zapytałam, kiedy z głodu zabolało mnie gardło.

- My byliśmy kiedy was nie było. Możecie iść teraz jak chcecie.

- Ja nie jestem głodna, wytrzymam jeszcze trochę – rzuciła Rose i poszła do swojego pokoju.

- Dobra – westchnęłam – Idę sama.

- Ok., pa – odpowiedział Edward, jakoś nie przejmując się moim podminowanym nastrojem. Eh…

Ubrałam skórzaną kurtkę i wyszłam z domu. Pobiegłam szybko w głąb lasu. Chłopacy mieli tutaj być, ale nigdzie ich nie słyszałam. No tak, czego ja się spodziewałam. Zapolowałam na pumę i dwa jelenie. Westchnęłam i pokręciłam głową nad ciałem martwego zwierzęcia. Rodzinne polowanie, tak, akurat.

Kiedy po pół godzinie wróciłam do domu, okazało się że mężczyźni już tam byli. Ustawiali właśnie na środku salonu przepiękną, wysoką choinkę. Podeszłam do Jaspera i cmoknęłam go w usta. Odwzajemnił pocałunek, ale zrobił to bardzo szybko. Potargał mi włosy, ominął mnie i skierował się z powrotem do wyjścia.

- A ty dokąd? – zdziwiłam się – Myślałam, że razem będziemy ubierać choinkę.

- Przepraszam, skarbie – rzucił w progu – Ale chyba zostawiłem w lesie siekierę.

I wyszedł. Pokręciłam głową z niedowierzaniem. No naprawdę? Do pokoju weszła Esme trzymająca na rękach wielkie pudło z ozdobami. Potrząsnęła nim i podeszła do mnie i Rose.

- To co dziewczyny – uśmiechnęła się – Zabieramy się do roboty! Ktoś ją musi przecież ubrać!

Wywróciłam oczami i wzięłam z pudła kilka ozdób.

Parę chwil potem choinka była już udekorowana. To było chyba najpiękniejsze Świąteczne drzewko jakie widziałam. Dużo kolorowych bombek, łańcuchów i światełek. Przesunęłyśmy drzewko bliżej kominka i razem podziwiałyśmy swoje dzieło. Do salonu przyszli Carlisle i Emm, akurat w tej samej chwili w której Jasper wrócił z siekierą. Strzepał z włosów płatki śniegu. Zdjął płaszcz i buty, podszedł do mnie i objął mnie w talii.

- Wspaniała robota – pochwalił – Ślicznie to wszystko wygląda.

- Tak, sądzę, że wszyscy spisaliśmy się dziś na medal – powiedziała Esme i wtuliła się w ramie swojego męża.

- Eee… Edward? – Jazz puścił mnie i podszedł do niego. Chwila, czy on właśnie puścił do niego oczko?! – Mógłbyś mi w czymś pomóc?

- Tak, jasne. Chodźmy do mnie – i poszli.

- Spotkajmy się tutaj wszyscy o dziesiątej, zgoda? – zarządził Carlisle i razem z żoną zniknął na górze, podobnie jak Rose i Emm.

Westchnęłam i także poszłam do siebie. Wzięłam prezenty i udałam się z powrotem do salonu, żeby ułożyć je pod choinką. Odsunęłam się kilka kroków i krytycznie zmierzyłam wzrokiem choinkę. Czegoś mi tutaj brakowało…

A no tak! Gwiazda na czubku! Znalazłam pudło z ozdobami i wyszperałam złotą gwiazdę. Sięgnęłam do góry, ale niestety okazało się że jestem za niska. Podsunęłam sobie krzesło, ale i tak brakowało mi jeszcze kilka centymetrów. Podeszłam do schodów i stanęłam na pierwszy stopień, opierając się o barierkę.

- Jasper! – krzyknęłam do góry.

- Tak? Co się stało? – odkrzyknął.

- Jesteś mi potrzebny! Nie mogę zawiesić gwiazdy na choince! Nie sięgam!

- Zostaw to, kochanie! Później to zrobię!

Nie no, czy to się dzieje naprawdę? Teraz byłam już zła do granic możliwości. Tupnęłam nogą w podłogę, rzuciłam ozdobę na kanapę i wróciłam do swojego pokoju. Wskoczyłam na łóżko i położyłam się na brzuchu, podpierając dłońmi głowę. Co się z nimi wszystkimi dzieje?

W takiej pozycji wytrwałam do dwudziestej drugiej, kiedy mieliśmy się zebrać na dole. Wcale nie miałam ochoty tam schodzić. Jeżeli ma być tak jak przez cały dzień to ja zostaję tutaj!

- Alice, idziesz? – zawołał z korytarza Edward.

Warknęłam cicho i wstałam z łóżka. Poprawiłam włosy i otworzyłam drzwi. Przed moimi stopami leżało jakieś zawiniątko, a na nim karteczka „Ubierz to, J.”. No tak, zapomniałam o stroju. Ale jak to możliwe, że pamiętał o tym Jasper?

- Zaraz przyjdę! – krzyknęłam na dół – Minuta!

Wzięłam zawiniątko i położyłam je na łóżku. Delikatnie rozerwałam błyszczący papier. Moim oczom ukazała się najcudowniejsza sukienka jaką w życiu widziałam. Do kolan, z rękawem trzy czwarte, koronkowa, w kolorze ciemnego bordo, przepasana czarnym paseczkiem. Aż mi szczęka opadła. Ogarnęłam się i szybko przebrałam. Z szafy wyszperałam jeszcze czarne szpilki. Musiałam przyznać, że wyglądałam całkiem nieźle.

Wyszłam z pokoju i zeszłam na dół. Wszyscy już tam czekali. Dobrze, że się przebrałam, bo wszyscy byli elegancko ubrani, panie w sukienki a panowie w garnitury. Stanęłam przy nich przy choince.

- No nareszcie – Emm szturchnął mnie łokciem – Myśleliśmy, że już się nie doczekamy, księżniczko.

- Bardzo zabawne – rzuciłam. Jasper objął mnie ramieniem.

- Dobrze, uspokójmy się już – powiedział Carlisle i wskazał ręką na stojący na stole talerzyk z opłatkiem – Nie możemy spożyć wieczerzy, ale przynajmniej podzielmy się opłatkiem.

Każdy wziął kawałek i zaczęliśmy składać sobie życzenia. Kiedy już skończyliśmy, opłatek wyrzuciliśmy po prostu do kosza, bo nie dało się z nim zrobić nic innego, chociaż byśmy nawet bardzo chcieli.

- A teraz prezenty! Prezenty! – wykrzyknął Emmett i jako pierwszy zaczął rozdawać nam swoje pakunki.

Dostałam od niego śliczną, srebrną bransoletkę z zawieszką koniczynką. Jestem w 100% pewna, że wybierała ją Rosalie, ale i tak byłam mu bardzo wdzięczna. Od Rose dostałam zestaw do manicure i pedicure. Od Esme śliczny jedwabny szal i pasujące do niego rękawiczki. Od Carlisle’a zdjęcie całej naszej rodziny oprawione w piękną ramkę i album na zdjęcia. Edward podarował mi moją własną, malutką komórkę żebym mogła się ze wszystkimi kontaktować na odległość.

Wszystkim byłam bardzo wdzięczna za prezenty. Im moje chyba też się spodobały. Skończywszy rozmowę z doktorem zauważyłam, że Jazz przypatruje mi się od jakiegoś czasu. Podeszłam do niego.

- Nie podoba ci się mój prezent? – zapytałam.

- Pewnie, że mi się podoba – uśmiechnął się i zmierzył mnie wzrokiem – Ale ty podobasz mi się jeszcze bardziej. Pięknie wyglądasz.

- Dziękuję. Udał ci się prezent.

- Ale to nie prezent.

- Nie? – zdziwiłam się.

- Nie, to tylko jego część.

Schylił się i spod choinki wyciągnął ostatnią paczuszkę i podarował mi ją.

- Wesołych świąt.

Odwinęłam papier i zobaczyłam przepiękny, srebrny naszyjnik. Wisiały na nim srebrne serduszko i srebrny kluczyk. Były piękne. Jazz wziął mi naszyjnik z rąk i delikatnie obrócił tyłem do siebie. Zapiął wisiorek, sięgał mi do połowy piersi.

- Alice, co to jest? – zapytał szeptem.

Delikatnie uniósł kilka kosmyków moich włosów do góry i opuszkami palców przejechał po bliźnie po ukąszeniu. Syknęłam cicho, natychmiast cofnął rękę.

- To nic takiego.

- Dlaczego nie pokazałaś mi tego wcześniej?

Jeszcze raz odchylił moje włosy i swoimi ciepłymi wargami złożył pocałunek na bliźnie. Zaczął się posuwać po szyi, coraz wyżej, aż do moich ust. Pocałował mnie namiętnie i z uczuciem, jak tego brakowało mi przez ostatni tydzień. Oddawałam pocałunki, zarzucając ręce na jego szyję. Lecz cały czas jedna sprawa nie dawała mi spokoju.

- Dlaczego ostatnio tak dziwnie się zachowywałeś? – zapytałam kiedy już się od siebie odkleiliśmy – Czemu mnie unikałeś?

- Musiałem.

- Słucham?

- To my już wychodzimy! – powiedział do reszty, ignorując moje pytanie.

- Jasne. Bawcie się dobrze! – zachichotał Emm, a wszyscy mu zawtórowali. Oni wiedzieli co się dzieje!

- Jasper, mam już tego dosyć! – krzyknęłam kiedy wychodziliśmy z domu – Jeżeli zaraz nie powiesz mi co…

- Nie wiedziałem, że jesteś taka niecierpliwa – przerwał mi i puścił do mnie oczko – Już niedługo wszystkiego się dowiesz, obiecuję.

Prychnęłam. Złapał mnie za rękę i pociągnął za sobą. Szliśmy w milczeniu w głąb lasu, a idealną ciszę przerywał jedynie odgłos szurania naszych stóp po zmarzniętej ziemi i śniegu. Trochę niewygodnie było mi w tych szpilkach, więc co chwilę potykałam się o wystające konary. A on się ze mnie śmiał! Oj już ja się z nim policzę kiedy wrócimy!

Nagle zatrzymał się. Uniosłam brew. Uśmiechnął się i podszedł do mnie od tyłu. Z kieszeni marynarki wyjął mój szal, który niedawno dostałam od Esme.

- Hej, to mój prezent! – zamachnęłam się żeby mu go wyrwać, ale był szybszy, skubaniec.

- Nic się nie bój, oddam ci go w stosownym czasie. A teraz zamknij oczy.

- Po co? – zapytałam podejrzliwie.

- Bo ja cię o to bardzo ładnie proszę.

Zrobił minkę słodkiego szczeniaczka. Westchnęłam teatralnie i pozwoliłam, żeby zawiązał mi szal na oczach. Próbowałam coś zobaczyć w wizji, ale wciąż nic nie mogłam wyłapać.

- Wiesz co? Nie będziemy iść, pobiegniemy żeby nie tracić czasu.

I zanim zdążyłam jakkolwiek zaprotestować, chwycił mnie ramionami w talii i podniósł do góry. Krzyknęłam i złapałam się jego szyi. Zaczęliśmy biec. Śmialiśmy się głośno, czując przyjemny powiew wiatru we włosach.

Nie wiem ile czasu minęło, gdy w końcu się zatrzymaliśmy. Delikatnie postawił mnie z powrotem na ziemi. Złapał mnie za rękę i jednym ruchem rozwiązał szal.

- Niespodzianka – powiedział cicho.

Otworzyłam oczy, a widok przede mną sprawił, że osłupiałam z wrażenia. Wciąż byliśmy w lesie, nad brzegiem rzeki. Tuż przy porośniętej roślinnością plaży znajdowała się niesamowita altanka. Była okryta czarnym i różowym materiałem, falującym na wietrze. W środku niej stał mały stoliczek i dwa krzesła. Dróżka do altany została wysypana płatkami czerwonych róż i przyozdobiona świeczkami. Po obu stronach stały niewielkie, stare latarnie. A wszystko to otaczała biała, śniegowa pierzynka. Nie da się opisać słowami piękna i magii tego miejsca.

- To dlatego ciągle mnie unikałeś? – zapytałam szeptem.

- Już ci powiedziałem, że musiałem. Inaczej niespodzianka by nie wyszła, prawda? Podoba ci się?

- Tutaj jest niesamowicie!

Przytulił mnie i poprowadził różaną ścieżką. Weszliśmy po dwóch stopniach na drewniany podest. Odsunął mi jedno krzesło bym mogła usiąść, a sam usiadł na drugim, po drugiej stronie stolika na którym leżał różowy obrus i stał wazon pełen moich ulubionych kwiatów.

- Och, skąd je wziąłeś? – zapytałam wyciągając jedną czarną orchideę i wdychając jej cudowny aromat – Są rzadkością!

- Mam swoje źródła.

- Powiedz, sam to wszystko wymyśliłeś?

- Wymyśliłem sam. Reszta rodziny trochę mi pomagała, w szczególności Esme i Rose, ale tylko troszeczkę. Głównym architektem byłem ja.

- I to wszystko dla mnie?

- Dla ciebie, kochanie – tak rzadko mówił do mnie „kochanie”. Wzruszyłam się.

- Dziękuję.

Zapadła cisza. Obracałam w dłoniach czarny kwiatek i wpatrywałam się w nocne niebo usiane migoczącymi gwiazdami. To była piękna noc.

- Alice? – odezwał się cicho Jazz, nie odwracając wzroku od tafli nieruchomej wody rzeki.

- Tak?

- Czy… Czy kiedykolwiek myślałaś o przyszłości? O nas?

Zaskoczył mnie tym pytaniem. Spojrzałam na niego, ale wciąż się nie ruszał co oznaczało że oczekuje odpowiedzi.

- Hm… – zastanowiłam się, chcąc dobrać odpowiednie słowa – Z powodu mojego daru jestem skazana na myślenie o przyszłości. To tylko ona utrzymywała mnie przy życiu, gdy było już bardzo źle. Wiedziałam, że kiedyś, gdzieś tam w końcu się spotkamy, i to właśnie ta myśl pozwalała mi przetrwać. A teraz? Zastanawiałam się nad tym wiele razy. Jednak wszystkie moje scenariusze są do siebie bardzo podobne. Zawsze jesteśmy w nich razem, szczęśliwi, u boku Cullenów.

- To… naprawdę wspaniałe. Kiedy ja myślę o przyszłości, widzę tylko pustkę. Nie potrafię wyobrazić sobie wszystkiego tak jak ty. Lecz ja również widzę nas zawsze szczęśliwych. Chciałbym, żeby tak mogło być.

- Ja także.

Znów zapadła cisza. W oddali słychać było jedynie świerszcze grające swoje nocne serenady. Nagle Jazz wstał i podszedł do mnie. Na jego twarzy malowało się zdenerwowanie. Spojrzałam na niego zdziwiona.

- Nie będę tego dłużej przedłużał, bo zaraz odwaga opuści mnie zupełnie – wziął głęboki oddech – Chciałbym zadać ci jedno, bardzo ważne pytanie.

Włożył rękę do kieszonki marynarki i zaczął w niej szperać. Po chwili wyjął małe, czerwone pudełeczko w kształcie serduszka. Uklęknął przede mną na jedno kolano i złapał mnie za rękę. Uśmiechnął się nieśmiało. A ja siedziałam i gapiłam się na niego jak jakaś głupia. Z każdą sekundą otwierałam oczy coraz szerzej.

- Kocham cię. Jesteś najpiękniejszą, najinteligentniejszą i najwspanialszą kobietą jaką spotkałem na swojej drodze. Wyciągnęłaś mnie z tego bagna, i dałaś nadzieję na lepsze jutro. Już na zawszę chcę być przy tobie, z tobą, wspierać cię, pocieszać, dzielić smutki i radości. Chcę kochać cię już na wieki, do końca moich dni. Mary Alice Brandon Cullen, czy uczynisz mnie najszczęśliwszym wampirem na całym świecie i zostaniesz moją żoną?

Zamurowało mnie. Czy on… Czy on właśnie mi się oświadczył?

Nagle, znikąd nawiedziła mnie wizja. Była krótka, ale bardzo wyraźna. Wszędzie byliśmy my, we dwoje, śmiejący się i cieszący. Jazz w czarnym smokingu, ja w białej sukni do ziemi. Tańczyliśmy. Kolejny obraz, siedzieliśmy razem na plaży, kąpaliśmy się. I jeszcze kilka szybkich obrazków, na każdym z nich byliśmy razem.

Ciemność zniknęła, raptownie zamrugałam oczami. Jasper nie klękał już, chodził w tę i z powrotem i wyzywał głośno. Nie wiedziałam co się dzieje.

- Ach, jaki byłem głupi! – krzyczał na siebie – Jak mogłem choćby pomyśleć, że zechcesz związać się ze mną małżeństwem?! Głupi! Nie powinien nawet o tym myśleć! Powinienem wiedzieć, że nie zasługuję na ciebie! Nie jestem ciebie wart, zasługujesz na kogoś lepszego. Przepraszam. Wybacz, że chciałem tak zmarnować ci życie.

Nie patrząc na mnie obrócił się i zaczął odchodzić do lasu. O nie… Głupia wizja! Że też musiała się pojawić w takim momencie! Jazz pomyślał że milczę, bo nie chcę za niego wyjść.

Ale to… nieprawda. Kocham go całym sercem. I chcę spędzić z nim resztę życia.

Podniosłam się szybko z miejsca i zdejmując po drodze szpilki, rzuciłam się biegiem za nim.

- Jasper! – krzyczałam – Jasper, zaczekaj, błagam!

Jego sylwetka zamajaczyła na tle ciemnych drzew. Zatrzymał się. Podbiegłam do niego szybko, pocałowałam go i złapałam za ramiona. Stał ze spuszczoną głową, nie patrzył na mnie. A ja starałam się złapać jego wzrok.

- Jasper, posłuchaj mnie – powiedziałam cicho – Nie odzywałam się, bo miałam wizję. Widziałam nas, wiesz? Byliśmy w różnych miejscach i sytuacjach, ale zawsze razem, szczęśliwi. Powtórzmy to jeszcze raz, zgoda?

Spojrzał mi prosto w oczy. W jego złotych tęczówkach dostrzegłam mały płomyczek. Odetchnął i ponownie wyjął otwarte już pudełeczko. Uklęknął na śniegu.

- Przepraszam, zachowałem się jak baran. Ponawiam więc swoje pytanie. Mary Alice Brandon Cullen, czy uczynisz mi ten zaszczyt i wyjdziesz za mnie?

- Tak, Jasperze Whitlock – szepnęłam – Wyjdę za ciebie.

Drżącymi dłońmi wyjął z pudełeczka pierścionek i delikatnie włożył mi go na palec. Był prześliczny. Złoto i srebro jakby splatały się ze sobą, a na środku tkwił mały diamencik. Musiał kosztować fortunę. Jasper wstał i przytulił mnie do siebie. Poczułam suchość w oczach, tak bardzo chciało mi się teraz płakać.

- Kocham cię – powiedział.

- Ja ciebie też kocham. Najbardziej na świecie.

- Ale ja ciebie bardziej, pani Whitlock.

Pochylił się nad moją twarzą. Stykaliśmy się nosami, czułam na policzkach jego przyspieszony oddech. Najpierw musnął wargami moją szyję, później policzki, nos i czoło. Na samym końcu zjechał do ust. Spragniona jego dotyku dosłownie rzuciłam się na niego. Jego usta były miękkie i rozpalone. Całował mnie mocno i namiętnie, dłońmi błądząc po moim ciele.

Byłam tak rozpalona jego bliskością, że postanowiłam raz na zawsze przełamać swój strach. Chciałam to z nim zrobić tu i teraz.

Chyba wyczytał z mojego zachowania, co mam na myśli. Próbował zapytać, czy jestem tego pewna, ale szybko zamknęłam mu usta. Nie protestował.

Nie odrywając się od siebie ostrożnie osunęliśmy się na ziemię. Nie odczuwaliśmy temperatury, więc śnieg w niczym nam nie przeszkadzał. Jazz delikatnie położył mnie na ziemi, a ja przyciągnęłam go do siebie, chciałam go mieć jak najbliżej.

Zaczęłam jeździć dłońmi po jego umięśnionym torsie. Drżącymi palcami rozpięłam guziki jego marynarki i koszuli. Szybko je zdjął i odrzucił gdzieś na bok, po czym zabrał się za odpinanie zamka mojej sukienki. Przeszedł mnie przyjemny dreszcz, kiedy poczułam jego ciepłe palce na swoich nagich plecach. Pomogłam mu odpiąć pasek i zdjąć spodnie, tak, że został w samych bokserkach. Trudził się trochę z zapięciem mojego stanika, więc zniecierpliwiony po prostu je rozerwał. Po chwili moja i jego bielizna znalazła się na kupie ubrań leżących jakiś metr od nas.

Przez chwilę zachłannie przyglądaliśmy się naszym nagim ciałom. Później jednak znów zaczęliśmy się całować.

I tak spędziliśmy wspaniałą noc, pod osłoną nocy.

2 Komentarze

  1. Cudowny rozsział, pięknie opisałaś miejsce w które Jasper zabrał Alice, zazdroszczę bo sama mam z tym problem. Czekam na następny.

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.