Rozdział 40 – Święta u Cullen’ów

Witajcie, moi najdrożsi :) Nadszedł dzień, w którym wreszcie dodaję rozdział czterdziesty! Jest on baaardzo długi, troszkę się w nim dzieje i mam nadzieję że Wam się spodoba ;) To rozdział świąteczny, choć nie Wielkanocny jak moglibyście przypuszczać XD Napisałam go już dosyć dawno, i tak pomyślałam że fajnie byłoby napisać coś innego. Dajcie znać w komentarzach jak wrażenia :D

Chciałabym jeszcze powiedzieć, że nie znam terminu dodania kolejnej notki. Mam teraz dużo nauki, codziennych obowiązków, i do tego dorwał mnie jakiś brak weny ostatnio ;/ Więc nie wiem, kiedy możecie spodziewać się nowego rozdziału. Ale spokojnie, nie zawieszam bloga, nie bójcie się. Jeżeli tak się stanie, na pewno Was o tym poinformuję. Trzymajcie kciuki, żeby coś mnie natchnęło i żeby to opowiadanie trwało nadal ;)

Dziękuję za uwagę. Życzę Wam jeszcze wesołych, spokojnych świąt Wielkanocnych :) Zapraszam do czytania :-*

 

 

 

Rozdział 40 – Święta u Cullen’ów

Wydarzenia z wizyty u władców naszego krwawego świata pozostały w umysłach naszej rodziny na długo. Przez kilka dni wszyscy byli jacyś przyciszeni, niechętni do rozmów i zabaw.

Ja dostałam specjalną pamiątkę. Któregoś dnia, kiedy chciałam się umyć, w lustrze w łazience przyjrzałam się swojemu odbiciu. Na lewej stronie szyi dostrzegłam przerywaną bliznę w kształcie półksiężyca, podobną do tych które miał Jasper na karku i ramionach. Ślad po ukąszeniu wampira, Aleca. To miejsce bolało, kiedy dotykałam. Już na zawsze miało mi o tym wszystkim przypominać.

Pomału wszystko wracało do normy. W naszym domu było słychać śmiech i rozmowy, wszystko było tak jak dawniej.

Czas leciał bardzo szybko, może nawet za szybko. Nim się obejrzeliśmy dni stały się coraz krótsze, a noce coraz dłuższe i ciemniejsze. Woda w rzekach i jeziorach zaczęła zamarzać. Na ziemię spadły pierwsze piękne, bialutkie płatki śniegu. Zaczęła się zima.

Co za tym idzie, wielkimi krokami zbliżały się Święta Bożego Narodzenia. Wszyscy domownicy byli tym faktem bardzo podekscytowani. Wiedziałam, jak wyglądają Święta, ale nigdy ich nie obchodziłam. Po co, kiedy byłam sama? To miały być moje pierwsze, wyjątkowe, w gronie rodziny.

Jako że nie mogliśmy przyrządzić tradycyjnych dwunastu potraw i przygotować uroczystej kolacji, wspólnie postanowiliśmy wybrać się w dzień Wigilii na długie rodzinne polowanie.

Przez ostatni tydzień wszyscy biegali i krzątali się po domu, zawsze gdzieś się spieszyli. Wydawało mi się, że zachowują się jakoś dziwnie, jakby coś przede mną ukrywali. Ale dlaczego mieli by to robić? Próbowałam zapytać o to Edwarda, ale ten palnął jakąś wymijającą odpowiedź i czym prędzej się oddalił. Z pozostałymi było tak samo. Nawet Jasper sprawiał wrażenie, że jest we wszystko wtajemniczony. Kiedy go o to wypytywałam spinał się i uciekał do Emmeta, niby do pomocy przy sprzątaniu garażu. Starałam się o tym nie myśleć, lecz ich dziwaczne zachowanie nie dawało mi spokoju. Denerwowałam się też tym, że nic nie mogłam wyłapać w swoich wizjach. Jakby wszyscy świadomie nie podejmowali żadnych decyzji. To było naprawdę okropne!

W Wigilię rano razem z Rose postanowiłyśmy wybrać się do centrum handlowego, bo jako jedyne nie miałyśmy jeszcze kupionych prezentów. Pojechałyśmy naszym autem. Chciałam też zabrać Jaspera, ale ten znowu wywinął się wieszaniem lampek na dachu naszego domu.

Czułam się źle, bo po raz kolejny pożyczyłam pieniądze od Carlisle’a, i wcale nie była to mała suma. Ale musiałam to zrobić, chciałam sprawić wszystkim przyjemność upominkiem. Choć doktor powiedział że nie muszę, to obiecałam że kiedy będę mogła to zwrócę wszystko z nawiązką.

W centrum rozdzieliśmy się i poszłyśmy w przeciwne strony. Dla Carlisle’a kupiłam książkę o najdziwniejszych chorobach świata i gruby notatnik, bo poprzedni już mu się kończył. Dla Esme przepiękny świecznik i kilka sadzonek roślin sprowadzonych z odległych krajów, żeby na wiosnę mogła zasadzić je w swoim nowym ogrodzie. Dla Emmeta piłkę do rugby z autografem jakiegoś znanego gracza. Dla Rosalie słodki, różowy kuferek wypełniony najróżniejszymi kosmetykami i kartę prezentową na darmowe zakupy w kilku sklepach. Dla Edwarda dwie płyty z muzyką klasyczną i zeszyt do nut, żeby mógł zapisywać więcej swoich niesamowitych melodii.

Najgorzej było z Jasperem, to z nim miałam największy problem. Obeszłam już chyba całe centrum ze dwa razy i nie mogłam znaleźć niczego odpowiedniego. Po kolejnej godzinie zastanawiania się w końcu zdecydowałam się na złoty zegarek.

Obładowane torbami i pakunkami wyszłyśmy z centrum śmiejąc się żartując. Wszyscy ludzie się na nas gapili, ale my nie zwracałyśmy na nich uwagi. Zapakowałyśmy wszystko do bagażnika i ruszyłyśmy w drogę powrotną.

Kiedy Rose skończyła opowiadać historię o pierwszych Świętach ze swoim ukochanym, postanowiłam delikatnie wypytać ją o to całe domowe zamieszanie. Wyglądało na to, że tylko ja byłam niedoinformowana.

- Rose – zaczęłam nie spuszczając wzroku z drogi, teraz ja prowadziłam – A… wiesz może co dzieje się w domu?

- Jak to co? – spięła się i nerwowo zachichotała. Aha, mam cię! – Przecież są Święta, wszystko trzeba przygotować, prawda?

- Tak, wiem o tym. Ale chodzi mi raczej o was. Wiecie o czymś, o czym ja nie wiem. No a przynajmniej tak mi się wydaje…

- Nie, no coś ty! – znów nerwowy chichot – Dlaczego mielibyśmy coś przed tobą ukrywać? Wszystko jest w porządku.

- Hm… A co z Jasperem? Dlaczego twoim zdaniem ciągle mnie unika? W ogóle wszyscy znikacie gdzieś przy pierwszej okazji i zostawiacie mnie samą.

- Och Al, nie dramatyzuj! I skup się lepiej na kierownicy. Wiesz ile czasu zajęło mi dzisiaj układanie włosów? Nie każ mi tego marnować.

No i tyle się dowiedziałam.

Po piętnastu minutach byłyśmy już w domu. Tak żeby nikt nie widział, przemknęłam do swojego pokoju i zamknęłam drzwi na klucz, choć mało prawdopodobne było żeby ktoś zechciał mnie odwiedzić.

Każdy prezent owinęłam w lśniący papier i przewiązałam wstążką. Doczepiłam jeszcze karteczki z imionami, żeby się później nie pomylić. Włożyłam wszystko do szafy, na półkę po swojej stronie, żeby Jazz niczego nie znalazł. Wyszłam z pokoju i zeszłam na dół. W salonie był Edward, czyścił swój fortepian.

- Hej braciszku – zagadnęłam.

- Hej chochliku – odparował, całkowicie pochłonięty swoim zajęciem.

Na dół zeszła też Rosalie i usiadła z westchnięciem na kanapie. Dopiero teraz zorientowałam się, że w domu nie ma nikogo oprócz nas.

- Gdzie są wszyscy? – zapytałam.

- Carlisle, Emm i Jazz poszli do lasu wybrać choinkę. A Esme jest w łazience na górze i bierze już godzinną kąpiel. Ja nie wiem co wy kobiety tam robicie przez tyle czasu.

- W odróżnieniu od ciebie, brudasie, dbamy o swoją higienę – Rose wyszczerzyła zęby w uśmiechu.

- Ha, takie śmieszne – Edward wywrócił oczami.

- A czy przypadkiem nie mieliśmy wybrać się dziś na polowanie? – zapytałam, kiedy z głodu zabolało mnie gardło.

- My byliśmy kiedy was nie było. Możecie iść teraz jak chcecie.

- Ja nie jestem głodna, wytrzymam jeszcze trochę – rzuciła Rose i poszła do swojego pokoju.

- Dobra – westchnęłam – Idę sama.

- Ok., pa – odpowiedział Edward, jakoś nie przejmując się moim podminowanym nastrojem. Eh…

Ubrałam skórzaną kurtkę i wyszłam z domu. Pobiegłam szybko w głąb lasu. Chłopacy mieli tutaj być, ale nigdzie ich nie słyszałam. No tak, czego ja się spodziewałam. Zapolowałam na pumę i dwa jelenie. Westchnęłam i pokręciłam głową nad ciałem martwego zwierzęcia. Rodzinne polowanie, tak, akurat.

Kiedy po pół godzinie wróciłam do domu, okazało się że mężczyźni już tam byli. Ustawiali właśnie na środku salonu przepiękną, wysoką choinkę. Podeszłam do Jaspera i cmoknęłam go w usta. Odwzajemnił pocałunek, ale zrobił to bardzo szybko. Potargał mi włosy, ominął mnie i skierował się z powrotem do wyjścia.

- A ty dokąd? – zdziwiłam się – Myślałam, że razem będziemy ubierać choinkę.

- Przepraszam, skarbie – rzucił w progu – Ale chyba zostawiłem w lesie siekierę.

I wyszedł. Pokręciłam głową z niedowierzaniem. No naprawdę? Do pokoju weszła Esme trzymająca na rękach wielkie pudło z ozdobami. Potrząsnęła nim i podeszła do mnie i Rose.

- To co dziewczyny – uśmiechnęła się – Zabieramy się do roboty! Ktoś ją musi przecież ubrać!

Wywróciłam oczami i wzięłam z pudła kilka ozdób.

Parę chwil potem choinka była już udekorowana. To było chyba najpiękniejsze Świąteczne drzewko jakie widziałam. Dużo kolorowych bombek, łańcuchów i światełek. Przesunęłyśmy drzewko bliżej kominka i razem podziwiałyśmy swoje dzieło. Do salonu przyszli Carlisle i Emm, akurat w tej samej chwili w której Jasper wrócił z siekierą. Strzepał z włosów płatki śniegu. Zdjął płaszcz i buty, podszedł do mnie i objął mnie w talii.

- Wspaniała robota – pochwalił – Ślicznie to wszystko wygląda.

- Tak, sądzę, że wszyscy spisaliśmy się dziś na medal – powiedziała Esme i wtuliła się w ramie swojego męża.

- Eee… Edward? – Jazz puścił mnie i podszedł do niego. Chwila, czy on właśnie puścił do niego oczko?! – Mógłbyś mi w czymś pomóc?

- Tak, jasne. Chodźmy do mnie – i poszli.

- Spotkajmy się tutaj wszyscy o dziesiątej, zgoda? – zarządził Carlisle i razem z żoną zniknął na górze, podobnie jak Rose i Emm.

Westchnęłam i także poszłam do siebie. Wzięłam prezenty i udałam się z powrotem do salonu, żeby ułożyć je pod choinką. Odsunęłam się kilka kroków i krytycznie zmierzyłam wzrokiem choinkę. Czegoś mi tutaj brakowało…

A no tak! Gwiazda na czubku! Znalazłam pudło z ozdobami i wyszperałam złotą gwiazdę. Sięgnęłam do góry, ale niestety okazało się że jestem za niska. Podsunęłam sobie krzesło, ale i tak brakowało mi jeszcze kilka centymetrów. Podeszłam do schodów i stanęłam na pierwszy stopień, opierając się o barierkę.

- Jasper! – krzyknęłam do góry.

- Tak? Co się stało? – odkrzyknął.

- Jesteś mi potrzebny! Nie mogę zawiesić gwiazdy na choince! Nie sięgam!

- Zostaw to, kochanie! Później to zrobię!

Nie no, czy to się dzieje naprawdę? Teraz byłam już zła do granic możliwości. Tupnęłam nogą w podłogę, rzuciłam ozdobę na kanapę i wróciłam do swojego pokoju. Wskoczyłam na łóżko i położyłam się na brzuchu, podpierając dłońmi głowę. Co się z nimi wszystkimi dzieje?

W takiej pozycji wytrwałam do dwudziestej drugiej, kiedy mieliśmy się zebrać na dole. Wcale nie miałam ochoty tam schodzić. Jeżeli ma być tak jak przez cały dzień to ja zostaję tutaj!

- Alice, idziesz? – zawołał z korytarza Edward.

Warknęłam cicho i wstałam z łóżka. Poprawiłam włosy i otworzyłam drzwi. Przed moimi stopami leżało jakieś zawiniątko, a na nim karteczka „Ubierz to, J.”. No tak, zapomniałam o stroju. Ale jak to możliwe, że pamiętał o tym Jasper?

- Zaraz przyjdę! – krzyknęłam na dół – Minuta!

Wzięłam zawiniątko i położyłam je na łóżku. Delikatnie rozerwałam błyszczący papier. Moim oczom ukazała się najcudowniejsza sukienka jaką w życiu widziałam. Do kolan, z rękawem trzy czwarte, koronkowa, w kolorze ciemnego bordo, przepasana czarnym paseczkiem. Aż mi szczęka opadła. Ogarnęłam się i szybko przebrałam. Z szafy wyszperałam jeszcze czarne szpilki. Musiałam przyznać, że wyglądałam całkiem nieźle.

Wyszłam z pokoju i zeszłam na dół. Wszyscy już tam czekali. Dobrze, że się przebrałam, bo wszyscy byli elegancko ubrani, panie w sukienki a panowie w garnitury. Stanęłam przy nich przy choince.

- No nareszcie – Emm szturchnął mnie łokciem – Myśleliśmy, że już się nie doczekamy, księżniczko.

- Bardzo zabawne – rzuciłam. Jasper objął mnie ramieniem.

- Dobrze, uspokójmy się już – powiedział Carlisle i wskazał ręką na stojący na stole talerzyk z opłatkiem – Nie możemy spożyć wieczerzy, ale przynajmniej podzielmy się opłatkiem.

Każdy wziął kawałek i zaczęliśmy składać sobie życzenia. Kiedy już skończyliśmy, opłatek wyrzuciliśmy po prostu do kosza, bo nie dało się z nim zrobić nic innego, chociaż byśmy nawet bardzo chcieli.

- A teraz prezenty! Prezenty! – wykrzyknął Emmett i jako pierwszy zaczął rozdawać nam swoje pakunki.

Dostałam od niego śliczną, srebrną bransoletkę z zawieszką koniczynką. Jestem w 100% pewna, że wybierała ją Rosalie, ale i tak byłam mu bardzo wdzięczna. Od Rose dostałam zestaw do manicure i pedicure. Od Esme śliczny jedwabny szal i pasujące do niego rękawiczki. Od Carlisle’a zdjęcie całej naszej rodziny oprawione w piękną ramkę i album na zdjęcia. Edward podarował mi moją własną, malutką komórkę żebym mogła się ze wszystkimi kontaktować na odległość.

Wszystkim byłam bardzo wdzięczna za prezenty. Im moje chyba też się spodobały. Skończywszy rozmowę z doktorem zauważyłam, że Jazz przypatruje mi się od jakiegoś czasu. Podeszłam do niego.

- Nie podoba ci się mój prezent? – zapytałam.

- Pewnie, że mi się podoba – uśmiechnął się i zmierzył mnie wzrokiem – Ale ty podobasz mi się jeszcze bardziej. Pięknie wyglądasz.

- Dziękuję. Udał ci się prezent.

- Ale to nie prezent.

- Nie? – zdziwiłam się.

- Nie, to tylko jego część.

Schylił się i spod choinki wyciągnął ostatnią paczuszkę i podarował mi ją.

- Wesołych świąt.

Odwinęłam papier i zobaczyłam przepiękny, srebrny naszyjnik. Wisiały na nim srebrne serduszko i srebrny kluczyk. Były piękne. Jazz wziął mi naszyjnik z rąk i delikatnie obrócił tyłem do siebie. Zapiął wisiorek, sięgał mi do połowy piersi.

- Alice, co to jest? – zapytał szeptem.

Delikatnie uniósł kilka kosmyków moich włosów do góry i opuszkami palców przejechał po bliźnie po ukąszeniu. Syknęłam cicho, natychmiast cofnął rękę.

- To nic takiego.

- Dlaczego nie pokazałaś mi tego wcześniej?

Jeszcze raz odchylił moje włosy i swoimi ciepłymi wargami złożył pocałunek na bliźnie. Zaczął się posuwać po szyi, coraz wyżej, aż do moich ust. Pocałował mnie namiętnie i z uczuciem, jak tego brakowało mi przez ostatni tydzień. Oddawałam pocałunki, zarzucając ręce na jego szyję. Lecz cały czas jedna sprawa nie dawała mi spokoju.

- Dlaczego ostatnio tak dziwnie się zachowywałeś? – zapytałam kiedy już się od siebie odkleiliśmy – Czemu mnie unikałeś?

- Musiałem.

- Słucham?

- To my już wychodzimy! – powiedział do reszty, ignorując moje pytanie.

- Jasne. Bawcie się dobrze! – zachichotał Emm, a wszyscy mu zawtórowali. Oni wiedzieli co się dzieje!

- Jasper, mam już tego dosyć! – krzyknęłam kiedy wychodziliśmy z domu – Jeżeli zaraz nie powiesz mi co…

- Nie wiedziałem, że jesteś taka niecierpliwa – przerwał mi i puścił do mnie oczko – Już niedługo wszystkiego się dowiesz, obiecuję.

Prychnęłam. Złapał mnie za rękę i pociągnął za sobą. Szliśmy w milczeniu w głąb lasu, a idealną ciszę przerywał jedynie odgłos szurania naszych stóp po zmarzniętej ziemi i śniegu. Trochę niewygodnie było mi w tych szpilkach, więc co chwilę potykałam się o wystające konary. A on się ze mnie śmiał! Oj już ja się z nim policzę kiedy wrócimy!

Nagle zatrzymał się. Uniosłam brew. Uśmiechnął się i podszedł do mnie od tyłu. Z kieszeni marynarki wyjął mój szal, który niedawno dostałam od Esme.

- Hej, to mój prezent! – zamachnęłam się żeby mu go wyrwać, ale był szybszy, skubaniec.

- Nic się nie bój, oddam ci go w stosownym czasie. A teraz zamknij oczy.

- Po co? – zapytałam podejrzliwie.

- Bo ja cię o to bardzo ładnie proszę.

Zrobił minkę słodkiego szczeniaczka. Westchnęłam teatralnie i pozwoliłam, żeby zawiązał mi szal na oczach. Próbowałam coś zobaczyć w wizji, ale wciąż nic nie mogłam wyłapać.

- Wiesz co? Nie będziemy iść, pobiegniemy żeby nie tracić czasu.

I zanim zdążyłam jakkolwiek zaprotestować, chwycił mnie ramionami w talii i podniósł do góry. Krzyknęłam i złapałam się jego szyi. Zaczęliśmy biec. Śmialiśmy się głośno, czując przyjemny powiew wiatru we włosach.

Nie wiem ile czasu minęło, gdy w końcu się zatrzymaliśmy. Delikatnie postawił mnie z powrotem na ziemi. Złapał mnie za rękę i jednym ruchem rozwiązał szal.

- Niespodzianka – powiedział cicho.

Otworzyłam oczy, a widok przede mną sprawił, że osłupiałam z wrażenia. Wciąż byliśmy w lesie, nad brzegiem rzeki. Tuż przy porośniętej roślinnością plaży znajdowała się niesamowita altanka. Była okryta czarnym i różowym materiałem, falującym na wietrze. W środku niej stał mały stoliczek i dwa krzesła. Dróżka do altany została wysypana płatkami czerwonych róż i przyozdobiona świeczkami. Po obu stronach stały niewielkie, stare latarnie. A wszystko to otaczała biała, śniegowa pierzynka. Nie da się opisać słowami piękna i magii tego miejsca.

- To dlatego ciągle mnie unikałeś? – zapytałam szeptem.

- Już ci powiedziałem, że musiałem. Inaczej niespodzianka by nie wyszła, prawda? Podoba ci się?

- Tutaj jest niesamowicie!

Przytulił mnie i poprowadził różaną ścieżką. Weszliśmy po dwóch stopniach na drewniany podest. Odsunął mi jedno krzesło bym mogła usiąść, a sam usiadł na drugim, po drugiej stronie stolika na którym leżał różowy obrus i stał wazon pełen moich ulubionych kwiatów.

- Och, skąd je wziąłeś? – zapytałam wyciągając jedną czarną orchideę i wdychając jej cudowny aromat – Są rzadkością!

- Mam swoje źródła.

- Powiedz, sam to wszystko wymyśliłeś?

- Wymyśliłem sam. Reszta rodziny trochę mi pomagała, w szczególności Esme i Rose, ale tylko troszeczkę. Głównym architektem byłem ja.

- I to wszystko dla mnie?

- Dla ciebie, kochanie – tak rzadko mówił do mnie „kochanie”. Wzruszyłam się.

- Dziękuję.

Zapadła cisza. Obracałam w dłoniach czarny kwiatek i wpatrywałam się w nocne niebo usiane migoczącymi gwiazdami. To była piękna noc.

- Alice? – odezwał się cicho Jazz, nie odwracając wzroku od tafli nieruchomej wody rzeki.

- Tak?

- Czy… Czy kiedykolwiek myślałaś o przyszłości? O nas?

Zaskoczył mnie tym pytaniem. Spojrzałam na niego, ale wciąż się nie ruszał co oznaczało że oczekuje odpowiedzi.

- Hm… – zastanowiłam się, chcąc dobrać odpowiednie słowa – Z powodu mojego daru jestem skazana na myślenie o przyszłości. To tylko ona utrzymywała mnie przy życiu, gdy było już bardzo źle. Wiedziałam, że kiedyś, gdzieś tam w końcu się spotkamy, i to właśnie ta myśl pozwalała mi przetrwać. A teraz? Zastanawiałam się nad tym wiele razy. Jednak wszystkie moje scenariusze są do siebie bardzo podobne. Zawsze jesteśmy w nich razem, szczęśliwi, u boku Cullenów.

- To… naprawdę wspaniałe. Kiedy ja myślę o przyszłości, widzę tylko pustkę. Nie potrafię wyobrazić sobie wszystkiego tak jak ty. Lecz ja również widzę nas zawsze szczęśliwych. Chciałbym, żeby tak mogło być.

- Ja także.

Znów zapadła cisza. W oddali słychać było jedynie świerszcze grające swoje nocne serenady. Nagle Jazz wstał i podszedł do mnie. Na jego twarzy malowało się zdenerwowanie. Spojrzałam na niego zdziwiona.

- Nie będę tego dłużej przedłużał, bo zaraz odwaga opuści mnie zupełnie – wziął głęboki oddech – Chciałbym zadać ci jedno, bardzo ważne pytanie.

Włożył rękę do kieszonki marynarki i zaczął w niej szperać. Po chwili wyjął małe, czerwone pudełeczko w kształcie serduszka. Uklęknął przede mną na jedno kolano i złapał mnie za rękę. Uśmiechnął się nieśmiało. A ja siedziałam i gapiłam się na niego jak jakaś głupia. Z każdą sekundą otwierałam oczy coraz szerzej.

- Kocham cię. Jesteś najpiękniejszą, najinteligentniejszą i najwspanialszą kobietą jaką spotkałem na swojej drodze. Wyciągnęłaś mnie z tego bagna, i dałaś nadzieję na lepsze jutro. Już na zawszę chcę być przy tobie, z tobą, wspierać cię, pocieszać, dzielić smutki i radości. Chcę kochać cię już na wieki, do końca moich dni. Mary Alice Brandon Cullen, czy uczynisz mnie najszczęśliwszym wampirem na całym świecie i zostaniesz moją żoną?

Zamurowało mnie. Czy on… Czy on właśnie mi się oświadczył?

Nagle, znikąd nawiedziła mnie wizja. Była krótka, ale bardzo wyraźna. Wszędzie byliśmy my, we dwoje, śmiejący się i cieszący. Jazz w czarnym smokingu, ja w białej sukni do ziemi. Tańczyliśmy. Kolejny obraz, siedzieliśmy razem na plaży, kąpaliśmy się. I jeszcze kilka szybkich obrazków, na każdym z nich byliśmy razem.

Ciemność zniknęła, raptownie zamrugałam oczami. Jasper nie klękał już, chodził w tę i z powrotem i wyzywał głośno. Nie wiedziałam co się dzieje.

- Ach, jaki byłem głupi! – krzyczał na siebie – Jak mogłem choćby pomyśleć, że zechcesz związać się ze mną małżeństwem?! Głupi! Nie powinien nawet o tym myśleć! Powinienem wiedzieć, że nie zasługuję na ciebie! Nie jestem ciebie wart, zasługujesz na kogoś lepszego. Przepraszam. Wybacz, że chciałem tak zmarnować ci życie.

Nie patrząc na mnie obrócił się i zaczął odchodzić do lasu. O nie… Głupia wizja! Że też musiała się pojawić w takim momencie! Jazz pomyślał że milczę, bo nie chcę za niego wyjść.

Ale to… nieprawda. Kocham go całym sercem. I chcę spędzić z nim resztę życia.

Podniosłam się szybko z miejsca i zdejmując po drodze szpilki, rzuciłam się biegiem za nim.

- Jasper! – krzyczałam – Jasper, zaczekaj, błagam!

Jego sylwetka zamajaczyła na tle ciemnych drzew. Zatrzymał się. Podbiegłam do niego szybko, pocałowałam go i złapałam za ramiona. Stał ze spuszczoną głową, nie patrzył na mnie. A ja starałam się złapać jego wzrok.

- Jasper, posłuchaj mnie – powiedziałam cicho – Nie odzywałam się, bo miałam wizję. Widziałam nas, wiesz? Byliśmy w różnych miejscach i sytuacjach, ale zawsze razem, szczęśliwi. Powtórzmy to jeszcze raz, zgoda?

Spojrzał mi prosto w oczy. W jego złotych tęczówkach dostrzegłam mały płomyczek. Odetchnął i ponownie wyjął otwarte już pudełeczko. Uklęknął na śniegu.

- Przepraszam, zachowałem się jak baran. Ponawiam więc swoje pytanie. Mary Alice Brandon Cullen, czy uczynisz mi ten zaszczyt i wyjdziesz za mnie?

- Tak, Jasperze Whitlock – szepnęłam – Wyjdę za ciebie.

Drżącymi dłońmi wyjął z pudełeczka pierścionek i delikatnie włożył mi go na palec. Był prześliczny. Złoto i srebro jakby splatały się ze sobą, a na środku tkwił mały diamencik. Musiał kosztować fortunę. Jasper wstał i przytulił mnie do siebie. Poczułam suchość w oczach, tak bardzo chciało mi się teraz płakać.

- Kocham cię – powiedział.

- Ja ciebie też kocham. Najbardziej na świecie.

- Ale ja ciebie bardziej, pani Whitlock.

Pochylił się nad moją twarzą. Stykaliśmy się nosami, czułam na policzkach jego przyspieszony oddech. Najpierw musnął wargami moją szyję, później policzki, nos i czoło. Na samym końcu zjechał do ust. Spragniona jego dotyku dosłownie rzuciłam się na niego. Jego usta były miękkie i rozpalone. Całował mnie mocno i namiętnie, dłońmi błądząc po moim ciele.

Byłam tak rozpalona jego bliskością, że postanowiłam raz na zawsze przełamać swój strach. Chciałam to z nim zrobić tu i teraz.

Chyba wyczytał z mojego zachowania, co mam na myśli. Próbował zapytać, czy jestem tego pewna, ale szybko zamknęłam mu usta. Nie protestował.

Nie odrywając się od siebie ostrożnie osunęliśmy się na ziemię. Nie odczuwaliśmy temperatury, więc śnieg w niczym nam nie przeszkadzał. Jazz delikatnie położył mnie na ziemi, a ja przyciągnęłam go do siebie, chciałam go mieć jak najbliżej.

Zaczęłam jeździć dłońmi po jego umięśnionym torsie. Drżącymi palcami rozpięłam guziki jego marynarki i koszuli. Szybko je zdjął i odrzucił gdzieś na bok, po czym zabrał się za odpinanie zamka mojej sukienki. Przeszedł mnie przyjemny dreszcz, kiedy poczułam jego ciepłe palce na swoich nagich plecach. Pomogłam mu odpiąć pasek i zdjąć spodnie, tak, że został w samych bokserkach. Trudził się trochę z zapięciem mojego stanika, więc zniecierpliwiony po prostu je rozerwał. Po chwili moja i jego bielizna znalazła się na kupie ubrań leżących jakiś metr od nas.

Przez chwilę zachłannie przyglądaliśmy się naszym nagim ciałom. Później jednak znów zaczęliśmy się całować.

I tak spędziliśmy wspaniałą noc, pod osłoną nocy.

Rozdział 39

Witajcie moi najdrożsi! Dzisiaj rozdzialik trzydziesty dziewiąty, a wiecie co to oznacza? Że to już prawie czterdziestka! :D Nie wiem jak wy, ale ja tam bardzo się cieszę że udało mi się dojść aż tak daleko. Ale to tylko i wyłącznie dzięki Wam, czytelnikom, dzięki waszemu wsparciu i tym że jesteście :-*

Niedługo Walentynki, a ja już chciałabym złożyć Wam życzenia. A więc wszystkiego dobrego, duuuużo miłości i żeby strzała Amora dosięgła Was w ten szczególny dzień ♥

Dobra, nie przedłużam i zapraszam do czytania :)

 

 

 

Rozdział 39

Noc minęła w miarę spokojnie, pomimo napiętej atmosfery. Każdy rozmyślał nad tym, co miało się stać jutro. Leżąc z Jasperem na naszym łóżku zastanawiałam się, czego tak w ogóle powinnam się spodziewać. Czy klan Volturi rzeczywiście jest taki, jak go malują te wszystkie opowieści? Czy są w stanie skrzywdzić kogokolwiek z nas? Jazz nie odzywał się, ale wiedziałam że myślał o tym samym.

Nazajutrz z samego rana opuściliśmy dom. Ledwie się wprowadziliśmy, a już musimy wyjechać. Zabraliśmy się tylko dwoma samochodami, tak, żeby nie zwracać na siebie zbyt większej uwagi. Całą drogę mogliśmy przebyć na lądzie, gdyż mieliśmy kierować się kanałem La Manche łączącym Wielką Brytanię z Francją. Czekała nas dwudziesto cztero godzinna podróż.

Jechałam z Jasperem i Edwardem naszym błękitnym samochodem, a reszta jechała autem Esme i Carlisle’a. Choć mogliśmy swobodnie porozumiewać się między sobą, wokół nas słychać było tylko warkot silników. Jakoś nikt nie miał ochoty na rozmowę.

Kilka godzin po przekroczeniu granicy Szwajcarii zrobiliśmy postój na polowanie, gdyż nie robiliśmy już tego rano żeby nie tracić czasu. Każdy rozszedł się w inną stronę. Ja z Jasperem pobiegliśmy na wyższe tereny. Byłam już bardzo głodna, więc posiliłam się aż dwoma sarnami i łosiem. Nie pytałam o to Jazza, bo wiedziałam że nie lubi o tym rozmawiać.

Kiedy oboje się najedliśmy złapaliśmy się za ręce i ruszyliśmy z powrotem. Nie biegliśmy, szliśmy spokojnie i podziwialiśmy widoki.

- Szwajcaria to naprawdę piękny kraj – powiedziałam, zrywając przy okazji kilka polnych kwiatków.

- Tak, masz rację – odpowiedział Jazz – Przyjedziemy tutaj jeszcze kiedyś, jeśli będziesz chciała.

- Jasne. Powiedz mi, skąd wiesz tyle o Volturich? Cullenowie znali ich już wcześniej, a jak z tobą? Ja słyszę o nich po raz pierwszy.

- Tworzenie armii wampirów jest w naszym świecie surowo zakazane. Maria dobrze o tym wiedziała, jednak zawsze udawało jej się utrzymywać wszystko w tajemnicy. Opowiadała nam o nich i ostrzegała, że jeżeli władcy się dowiedzą to wszystkich nas pomordują. Szczerze mówiąc, to boję się teraz do nich iść. Aro wszystkiego dowie się o mojej przeszłości, nic się przed nim nie ukryje.

- To co z tego? Przecież to nie twoja wina. Nie wiedziałeś, że można żyć inaczej.

- Ty to rozumiesz, ale nie jestem pewien czy oni zechcą zrozumieć – westchnął.

Uśmiechnęłam się do niego i mocniej złapałam go za dłoń. Do samochodów dotarliśmy w milczeniu.

Kiedy wszyscy się już zebrali ruszyliśmy dalej. Zostało już mniej niż połowa. Nie robiliśmy więcej postojów, a droga minęła bezproblemowo. Widoki aż zapierały dech w piersiach, tak było cudownie! Złociste pola, wzgórza i pagórki. Sama Volterra znajdowała się na sporym wzniesieniu. Ogromny pałac otaczał solidny, wysoki, kamienny mur.

Przejechaliśmy przez bramę pilnowaną przez kilku ludzkich strażników i zaparkowaliśmy auta w zacisznym miejscu, gdzie nie tłoczyło się tak dużo ludzi. Wysiedliśmy. Zamek z bliska wydawał się być jeszcze większy, piękniejszy i bardziej majestatyczny. Skierowaliśmy się do wejścia.

- Właśnie tutaj mieszkają bracia wraz z całą swoją strażą – Carlisle zwrócił się do mnie i Jaspera – Aro… On ma dosyć specyficzne poczucie humoru. Ale nie bójcie się go, nie powinno dojść do żadnych komplikacji. I róbcie to, co wam każe. Odpowiadajcie na wszystkie zadane wam pytania, bo inaczej zrobi się podejrzliwy.

- Skąd tyle o nich wiesz? – zapytał Jazz.

- Przez jakiś czas pomieszkiwałem u nich. Niestety nie dogadaliśmy się co do naszej diety i postanowiłem się odłączył. Nie utrzymujemy jakiś specjalnie bliskich kontaktów, ale nie jesteśmy też wrogami.

Pokiwaliśmy głowami i weszliśmy na… hall. Wbrew pozorom wyglądało tutaj jak w jakimś luksusowym hotelu a nie średniowiecznym zamczysku zamieszkiwanym przez nadnaturalne istoty. Po prawej stronie była recepcja, przy której stała ludzka kobieta. Powiedziała coś do nas, czego nie zrozumiałam. Wyczułam, jak Jasper cały się spiął. Gestem pokazałam mu żeby wstrzymał oddech, sama zrobiłam tak samo.

Przeszliśmy przez hall, na wprost do wind. Z trudem zmieściliśmy się do jednej, najwięcej miejsca zajmował oczywiście Emmett. Edward nacisnął przycisk i zaczęliśmy zjeżdżać w dół. Wydawało mi się że trwa to całą wieczność. W końcu wyszliśmy i skierowaliśmy się przez ciemny korytarz do ogromnych drzwi, przy których stało dwóch wampirów o czerwonych oczach. Panowała kompletna cisza, nie było słychać naszych oddechów ani nawet kroków na podłodze.

- Zostaliśmy zaproszeni przez Aro – powiedział Carlisle do jednego ze strażników.

Wampir zmierzył nas wszystkich wzrokiem od stóp do głów, poczym dał znak temu drugiemu i wrota się otworzyły. Weszliśmy do środka.

Wielka, wielka, wielka, okrągła sala. Z sufitu zwisał ogromny żyrandol ze świeczkami, oprócz tego oświetlenie zapewniały jedynie pojedyncze pochodnie pozawieszane na ścianach. Na środku sali stały trzy złote, masywne trony. Siedzieli na nich trzej mężczyźni z mojej wizji. Za tronami i po obu ich stronach stało kilkanaście ubranych na czarno postaci. Obok stała dwójka dzieci, piekielne bliźnięta. Wszyscy mieli czerwone oczy. Wzdrygnęłam się i mocniej przywarłam do ramienia Jaspera.

- Och! Mamy gości! Nareszcie, tak długo na was czekaliśmy!

Mężczyzna siedzący na środku podniósł się ze swojego siedziska i z uśmiechem podszedł do nas. Miał długie czarne włosy, ubrany był w czarny garnitur a jego skóra była tak blada że aż przezroczysta.

- Witaj Aro – Carlisle wyciągnął do niego rękę, przywitali się.

- Witajcie, witajcie kochani! Jak dobrze was wszystkich widzieć!

- My też się cieszymy – powiedział doktor – Ale czy moglibyśmy wiedzieć, czemu zostaliśmy do was wezwani tak nagle? Co się takiego stało?

- Co się stało? Nic! – Aro pokręcił wesoło głową. Coś w tej jego wesołości przyprawiała mnie o dreszcze – Czy żeby spotkać się z przyjaciółmi to zaraz musi się coś stać?

- Lepiej mów od razu czego od nas chcesz i sprawa będzie załatwiona – odezwał się Edward. Esme położyła mu dłoń na ramieniu.

Wampir spojrzał najpierw na Edwarda, potem na każdego członka rodziny po kolei. Kiedy jego wzrok zatrzymał się na nas, uśmiechnął się szeroko.

- Proszę, proszę – udał zaskoczenie – Co ja tu widzę? Nowi? Ach! Wasza rodzina powiększa się z dekady na dekadę! To cudowne!

- Nie udawaj, że nic o tym nie wiedziałeś. Wiemy jak jest – powiedział Emm.

- Och, Emmecie, nie denerwuj się tak od razu. Jestem mile zaskoczony tą wiadomością – podszedł kilka kroków w naszą stronę – No, powiedzcie, kim jesteście moi drodzy?

Odruchowo zrobiłam krok w tył. Jasper spojrzał na mnie i uśmiechnął się czule, żebym się nie bała. Ścisnęłam go mocniej za ramię.

- Jasper Whitlock.

Jazz wyciągnął do niego rękę, ale nie po to żeby się przywitać. Aro zamknął jego dłoń w swoich i zaczął się przypatrywać jego myślą. Przez kilka pierwszych chwil uśmiechał się, jednak z każdą minutą coraz bardziej poważniał. Przypatrywałam się im obojgu z niepokojem.

W końcu Aro puścił jego dłoń. Najpierw spojrzał na niego karcącą, a później tym samym wzrokiem na Carlisle’a i Esme.

- To buntownik – powiedział – Działał w nielegalnej armii. Wiedzieliście o tym?

- To nie jego wina!

Chwilę mi to zajęło, zanim zorientowałam się że to ja wypowiedziałam te słowa. Wzięłam głęboki oddech. Aro zmrużył oczy patrząc na mnie, jakby oceniał mój wygląd. Bez słowa wyciągnął ręce.

Spojrzałam na Jaspera, a on lekko kiwnął głową. Miał zaciśniętą szczękę, denerwował się. Podałam drżącą rękę wampirowi. Jego przezroczysta skóra była sucha i szorstka w dotyku. Na początku miał nieciekawą minę, ale coraz bardziej ciekawiło go coś w moim umyśle.

- To dziwne – powiedział wciąż oglądając moje myśli – Nie widzę nic z twojej przeszłości. Nic, kompletna pustka, jakby ktoś… Ach! – krzyknął – Co to jest? Czy to… przyszłość?

Świdrował mi umysł jeszcze przez chwilę, poczym nagle przyciągnął mnie do siebie za rękę której jeszcze nie puścił.

- Powiedz mi, jaki posiadasz dar, złotko? – zapytał podekscytowany.

- Widzę przyszłość…

- Och, jak cudownie! – prawie skakał z radości, wciąż ciągnąc mnie w stronę tronów i straży – Mam dla ciebie wspaniałą propozycję nie do odrzucenia! Zapraszam cię do siebie, do mojej straży! Nie mamy jeszcze nikogo takiego jak ty! Jeżeli chcesz możesz zabrać ze sobą swojego przyjaciela, on też nam się przyda.

- Eee… – nie wiedziałam co robić, przeciwstawić się mu czy pozwolić dalej się ciągnąć – Dziękuję za propozycję, ale jestem szczęśliwa z Cullenami. Oni są moją rodziną. Nie chcę ich opuszczać. Moja odpowiedź brzmi nie. Ale naprawdę dziękuję.

- Nie podejmujmy pochopnych decyzji – zacisnął rękę na moim nadgarstku jeszcze bardziej, przestraszyłam się nie na żarty – Przemyślisz to na spokojnie…

- Powiedziała nie!

Odwróciłam się. To Jasper krzyknął. Wyszedł kilka kroków na przód. Cały był spięty, a jego oczy miotały błyskawice.

- Ojej… – Aro pokręcił głową – Jesteś bardzo nieuprzejmy, Jasperze. Nie wolno krzyczeć w takich miejscach. Jane, kochanie, pokaż temu buntownikowi jak należy się zachowywać.

- Oczywiście panie.

Jane, około dwunastoletnia dziewczynka o krwisto czerwonych oczach. Piekielna bliźniaczka. Była bardzo niska i miała strasznie piskliwy głosik. Uśmiechnęła się złowieszczo i spojrzała Jasperowi prosto w oczy.

- Ból – wypowiedziała.

Esme i Rosalie krzyknęły i odwróciły wzrok. Panowie zrobili groźne miny. Jak za dotykiem czarodziejskiej różdżki twarz Jaspera wykrzywiła się z bólu. Jęczał ciężko. Upadł na kolana. Tak bardzo cierpiał…

- Nie! – krzyknęłam – Nie, nie rób tego! Proszę! Przestań! Błagam! Nie!

Ale małej Jane ani śniło się mnie posłuchać. Odsłoniła swoje białe zęby w okrutnym uśmiechu. Szarpnęłam się i wyrwałam dłoń z rąk Aro. Rzuciłam się żeby podbiec do Jaspera.

Jednak zanim zdążyłam do niego dobiec, brat Jane, Alec, zaatakował i mnie. Z jego rąk wydobyła się gęsta, czarna mgła, która otuliła mnie natychmiast. Najpierw straciłam wzrok, później czucie, a na końcu słuch. Nie miałam pojęcia co się ze mną dzieje. Byłam tak sparaliżowana strachem, że nie byłam w stanie trzeźwo myśleć. Czułam się jak duch. Niby byłam, ale jednak mnie nie było. To takie dziwne, okropne uczucie. Czy tak wygląda śmierć?

Nie wiedziałam ile czasu minęło, minuta, godzina, a może cały dzień? W mojej głowie panował już istny chaos, kiedy powolutku, powolutku zaczęłam odzyskiwać władzę nad swoim ciałem. Słuch, wzrok. Czucie wracało trochę wolniej. Otworzyłam oczy i gwałtownie zaczerpnęłam powietrza. Wdech, wydech, wdech, wydech. Emmett dopadł do Aleca, to dlatego mogłam już normalnie funkcjonować.

Rozejrzałam się po sali. Cała straż była w gotowości. Carlisle i Aro o czymś rozmawiali, Rose i Esme gdzieś zniknęły. Chwila, gdzie Jasper? Właśnie podnosił się z ziemi, cały się trząsł.

- Ależ kochani! – powiedział głośno Aro – Nie będziemy przecież toczyć tutaj bitwy! No już, uspokójmy się wszyscy! Tylko spokój może nas uratować.

Pozostali dwaj bracia, Marek i Kajusz, siedzieli na swoich tronach i przyglądali się całemu zajściu z obojętną miną, zupełnie jakby się nudzili!

Dopiero teraz zdałam sobie sprawę z tego, że leżę na podłodze pod zakrzywioną ścianą. Z trudem podniosłam się do pozycji siedzącej. Na ścianie za mną, trochę wyżej, znajdowało się teraz wgłębienie, jakby ktoś bardzo mocno kopnął tam piłkę. A może tylko mi się wydawało? W głowie miałam taki mentlik, że niczego już nie wiedziałam.

- Skoro nasi nowi przyjaciele nie zechcieli do nas dołączyć – kontynuował Aro – To trudno. Jeżeli nie dziś, to innym razem. Nie będziemy wojować przeciwko sobie! A teraz, moi mili, chyba czas już na was!

Carlisle, który był najbliżej, podbiegł do mnie szybko i pomógł mi wstać. Złapał mnie w talii i pomógł iść. Wszyscy zaczęliśmy się wycofywać do drzwi. Kiedy wychodziliśmy, usłyszeliśmy jeszcze :

- Żegnajcie przyjaciele! Do zobaczenia niebawem!

I wyszliśmy. Szliśmy inną drogą niż wcześniej, wychodzącą od razu na zewnątrz. Rosalie i Esme już tam czekały.

- Boże, nic wam nie jest?! – podbiegła do nas Esme.

- Jasper – pokręciłam głową, żeby pozbyć się uczucia odrętwienia – Gdzie on jest?

- Tu jestem.

Wyszedł tuż za nami. Wyrwałam się doktorowi i rzuciłam się na niego jak oszalała. Przytuliłam się mocno do jego klatki piersiowej.

- Nic ci się nie stało? Dobrze się czujesz? – zapytałam gorączkowo.

- Wszystko w porządku – uśmiechnął się i pogłaskał mnie po włosach – A co z tobą? Alec rzucił tobą o ścianę, nie zdążyłem mu przeszkodzić. Jesteś cała?

- Tak, oprócz tego że mam wrażenie jakby cały świat wirował jak karuzela.

- To przez mgłę Aleca – wyjaśnił Edward – Niedługo powinno ci przejść.

- A teraz wracajmy już do domu – powiedziała Rosalie – Mam już dosyć tego miejsca.

Nikt się nie odezwał, ale wszyscy jak najbardziej się z nią zgadzali. Przytulona do Jaspera wsiadłam do auta. Odpaliliśmy silniki i ruszyliśmy w drogę powrotną.

Rozdział 38

Witajcie, moi najdrożsi! Na wstępie chciałabym powiedzieć jedno : zawaliłam. Zawaliłam, i jestem tego świadoma. Nie dość, że obiecałam Wam częstsze notki, to jeszcze nie wywiązałam się z prezentu gwiazdkowego. W ogóle nawet nie weszłam żeby złożyć Wam życzenia… Jest mi strasznie przykro z tego powodu. Mimo iż jest już początek stycznia, to chciałabym jeszcze życzyć Wam wszystkiego dobrego. Mam nadzieję, że wybaczycie mi i mnie nie opuścicie. Jeszcze raz przepraszam. Powiem jeszcze, że notka świąteczna która miała pojawić się w Wigilię jest już gotowa, czeka na dodanie. Zrobiłam ją w formie rozdziału, tamte wydarzenia jednak będą nawiązywać do tych obecnych. Będzie to takie uczczenie 40 rozdziału, zgoda? :)

Nie wiem czy ktokolwiek przeczyta te moje wypociny, więc już nie będę Was zanudzać. Oddaję Wam pod opiekę rozdział trzydziesty ósmy. Mam nadzieję, że się spodoba i będziecie zadowoleni. Zapraszam do czytania ;)

 

 

 

Rozdział 38

Nasz nowy dom był jeszcze piękniejszy niż to sobie wyobrażałam. Parterowy budynek z zagospodarowanym poddaszem. Jasna elewacja i brązowe dachówki. Ciemne, masywne drzwi i okna. A wszystko to otoczone przepięknym ogrodem i lasem, a nieopodal znajdowało się małe jeziorko z wodospadem.

W środku był wielki garaż, do którego Rosalie pobiegła natychmiast, salon, kuchnia, trzy łazienki, jadalnia i pięć sypialni, cztery dla nas i jedna gościnna. Wszystko było urządzone bardzo przytulnie, dominowało drewno wyłożone na podłogach i ścianach. Wszyscy byli zachwyceni.

Rozpoczęliśmy wypakowywanie. Najpierw zabraliśmy się za dół. Cała praca zajęła nam ledwo dwie godziny. Wszystko było gotowe, brakowało tylko obiecanego stołu do jadalni.

Później każdy wziął swoje rzeczy i rozeszliśmy się do swoich nowych pokoi. Obejrzałam wszystkie chyba ze trzy razy, aż w końcu wybrałam ten jedyny. Znajdował się nad garażem. Był urządzony w kolorze jasnego brązu i szarości. Na dwóch, małych okienkach wisiały delikatne firanki poruszane przez wiatr. Po prawej znajdowała się toaletka, stolik i półka na książki. Na lewej ścianie stała duża, biała szafa. A w centralnej części pokoju, na białym puchatym dywanie stało dwuosobowe łóżko.

- Pięknie tu.

Do środka wszedł Jasper, przerywając mój zachwyt. Odłożyłam kartony i podeszłam do niego.

- Jesteś zadowolona? – zapytał.

- I to bardzo – odpowiedziałam mu uszczęśliwiona – To najpiękniejsze miejsce na ziemi, Carlisle nie mógł wybrać lepiej. A tobie się podoba?

- Jest w porządku – wzruszył ramionami.

- Ale?

- Ale chyba będę musiał zamieszkać w salonie. Wszystkie pokoje mi pozajmowali.

- Och, biedaku ty mój! – zaśmiałam się i pociągnęłam go ze sobą na łóżko, usiedliśmy – To takie straszne!

- Tobie to łatwo mówić!

Znów się zaśmiałam. Niby dorosły facet, a zachowuje się jak małe dziecko. Pokręciłam głową i spoważniałam. Musiałam mu coś powiedzieć. Długo nad tym wszystkim myślałam, i w końcu podjęłam decyzję.

- Jazz… – złapałam go za rękę – Nie musisz iść do salonu. Zdecydowałam, że… Chciałabym żebyśmy zamieszkali razem w jednym pomieszczeniu.

- Alice, jesteś tego pewna? – zmartwił się – Nie chcę, żebyś czuła się…

- Jestem pewna. Chcę tego. Chyba że ty nie.

- Ja też tego pragnę. Nie chciałbym po prostu, żebyś źle się z tym czuła. Kocham cię, wiesz?

- Wiem. I ja ciebie też kocham – dałam mu soczystego buziaka w policzek i wstałam – A teraz chodź, leniuchu! Trzeba ogarnąć ten bałagan.

***

Układanie wszystkich naszych rzeczy nie zabrało nam zbyt wiele czasu. Podczas pracy śmialiśmy się i wygłupialiśmy z Jasperem jak jeszcze nigdy dotąd. Czułam, jakbym z każdą chwilą kochała go coraz bardziej.

Wieczorem całą rodziną zebraliśmy się w salonie. Wspólnie przeżywaliśmy i zachwycaliśmy się naszym nowym domem.

- Jurto wszyscy wybieramy się na polowanie – powiedziała Esme.

- Jej! – ucieszył się Emmet – Może uda mi się dorwać jakiegoś miśka!

- Jasne, jasne, mój ty miśku – Rose  poklepała go po głowie. Wszyscy się zaśmialiśmy.

- A wracając do sprawy mojego fortepianu – odezwał się Edward – Chcę, żeby…

Dalsza część jego wypowiedzi już nie dotarła do mojej świadomości. Obraz przed moimi oczami zastąpiła czerń. Wizja.

Najpierw zobaczyłam siostry z Denalii. Rozmawiały o czymś, wracając do domu. Nagle na ich drodze pojawiło się pięć postaci. Wszystkie były ubrane w czarne szaty. Nie widziałam zbyt dokładnie ich twarzy ale myślę, że byli to trzej dorośli mężczyźni, około dwunastoletni chłopiec oraz dziewczynka. Wszyscy mieli krwisto czerwone oczy, co oznacza że byli tacy jak my. Mężczyzna stojący na środku podszedł do Tanyi i zaczął z nią rozmawiać. W pewnym momencie złapał ją za rękę i wyglądał jakby czemuś się przyglądał. Potem podziękował, uśmiechnął się i odszedł razem ze swoimi towarzyszami. Siostry spojrzały po sobie zmartwione. Wszystko znikło i wróciłam do rzeczywistości.

- Wszystko w porządku? – zapytał Jazz, który trzymał mnie za ramię.

Chciałam mu odpowiedzieć, że tak, ale zanim zdążyłam otworzyć usta odezwał się Edward. Miał zmarszczone czoło i poważną minę, więc musiał wszystko zobaczyć w moich myślach.

- Volturi – szepnął.

Wszyscy zamarli, nawet Jasper stał się poważniejszy. Pokręciłam głową. Czy tylko ja nie wiem o co chodzi?

- Jak to? – Carlisle zmarszczył brwi – Co z nimi?

- Alice widziała jak spotykają się z Denalkami. Rozmawiali o czymś i odeszli. Aro czytał myśli Tanyi.

- Czy to możliwe, żeby czegoś od nas chcieli? – zapytała Rose.

- Albo może dowiedzieli się, że nasza rodzina znów się powiększyła – odezwała się Esme.

- Sądzę, że jest to prawdopodobne – odpowiedział jej Edward – Nie ma przecież rzeczy o której oni by nie wiedzieli. Zainteresowali się nami, zważywszy na to, że i Alice i Jasper są utalentowani.

- Jaki związek mają z tym nasze dary? – odezwał się po raz pierwszy Jazz – Przecież mają w swojej bandzie dużo takich.

- Tak, ale im jest ciągle mało. Mogą zechcieć was w swojej armii.

- Chyba Aro nie myśli, że się na to zgodzimy.

- Wie o tym bardzo dobrze, będzie próbował więc was do tego zmusić siłą. Wiem, bo już się z tym zetknąłem.

- Hej! Przepraszam bardzo! – krzyknęłam, żeby wszyscy mnie usłyszeli – Czy ktoś mógłby mi wytłumaczyć o czym mówicie, bo wydaje mi się że jestem niedoinformowana?

- Volturi to klan rządzący światem wampirów od wieków – zaczęła Esme – Siedzibę założyli we Włoszech. Mają w posiadaniu ogromną armię wampirów posiadających najróżniejsze dary i umiejętności. Ich założycielami są trzej bracia : Aro, Marek i Kajusz, z czego ten pierwszy potrafi czytać w myślach podobnie jak Edward, lecz tylko poprzez dotyk a nie na odległość. Najbardziej cenią sobie Aleca i Jane, piekielne bliźnięta. Mają zaledwie po kilkanaście lat fizycznych, ale są najbardziej utalentowani z całej straży. Alec poprzez czarną mgłę odbiera zmysł wzroku, słuchu i czucia a Jane wytwarza iluzję bólu. Volturi poprzez swoje dziwaczne zasady pilnują, aby w naszym świecie zawsze był ład i porządek. Nikt nie może im się sprzeciwić.

- I cały czas szukają nowych wampirów do swojej kolekcji – dodał Emm.

- Och… – westchnęłam – I mogą nam coś zrobić?

- Miejmy nadzieję że nie – zmartwił się Carlisle.

I w tym momencie zabrzmiał dzwonek telefonu leżącego na blacie w kuchni. Wszystkie pary oczu skierowały się w tamtą stronę. Po kilku sygnałach Carlisle wstał i odebrał telefon. Nie musiał nam nic mówić, wszystko dokładnie słyszeliśmy. Od tajemniczego rozmówcy padło tylko jedno zdanie :

- Za drzwiami.

I rozłączył się. Rosalie wstała i otworzyła na oścież drzwi wejściowe. Rozejrzała się, ale nikogo tam nie było. Schyliła się i podniosła karteczkę leżącą na wycieraczce. Było na niej napisane tylko jedno słowo, bez podpisu.

Czekamy.

- Kochani – powiedział Carlisle – Chyba musimy przełożyć rodzinne polowanie. Jutro z samego rana wyruszamy do Volterry.

Nie musiał już nic więcej dodawać.

Rozdział 37

Witam! Z opóźnieniem, wiem, ale jestem! I zostawiam Wam pod opiekę rozdział trzydziesty siódmy. Wielkimi krokami zbliżamy się do czterdziestego :D

Mam jeszcze do Was taką małą sprawę. A mianowicie, czy chcielibyście żeby z okazji świąt Bożego Narodzenia i Nowego Roku na blogu pojawiła się świąteczna notka dodatkowa? O świętach z perspektywy Cullenów, zupełnie wyrwana z kontekstu, nie nawiązująca do fabuły opowiadania. To był by taki mały prezent ode mnie ;) Piszcie co o tym sądzicie :D

A teraz zapraszam do czytania i komentowania. Pozdrawiam! ♥

 

 

 

Rozdział 37

Dni mijały dosyć szybko. Może dlatego, że każdy był zajęty pakowaniem swoich rzeczy. Dziś miały przyjechać siostry z Denali. Wszystkie nasze pokoje zostały opróżnione a kartony z rzeczami czekały już na werandzie.

Co do ostatniego wydarzenia, postanowiliśmy z Jasperem na razie do tego nie wracać. Starałam się jak mogłam nie zostawać z nim sama w jednym pomieszczeniu dłużej niż to było konieczne. Nasze kontakty ograniczyłam do całusów w policzek i trzymania się za ręce. Jasper nie protestował, choć wiedziałam że było mu ciężko. A mi było strasznie głupio i cały czas wstydziłam się swojego zachowania.

Rodzina dowiedziała się jakimi uczuciami darzymy siebie nawzajem. Nie ogłaszaliśmy tego oficjalnie, jednak wszyscy szybko się domyślili. Nie pytali nas o nic i cieszyli się naszym szczęściem, za co byłam im bardzo wdzięczna.

Siedzieliśmy właśnie wszyscy na schodach przed domem, bo wszystkie kanapy zostały już owinięte folią ochronną, i czekaliśmy na gości. Emmet jak zwykle rozbawiał nas swoimi dowcipami o wampirach.

- Hej, teraz moja kolej! – wyrwał się Edward, kiedy reszta zwijała się ze śmiechu – Na pewno go nie znacie. Dedykuję go tobie, Rosalie. Jestem pewny że ci się spodoba, siostrzyczko.

Rose natychmiast spoważniała i zmierzyła brata groźnym spojrzeniem.

- Wiecie, dlaczego blondynka je ziemie?

- No dlaczego?

- Bo grunt to zdrowie!

Znów zaczęliśmy się śmiać. Rosalie się zdenerwowała i rzuciła w Edwarda donicą stojącą na ziemi koło niej.

- Pajac – warknęła, kiedy Edward z uśmiech uchylił się przed pociskiem.

- O nie! – krzyknęła Esme – To była moja ulubiona doniczka!

- Niech Rudy ci ją odkupi. To jego wina.

- Nie jestem Rudy! To kolor miedziany!

- Hej! – przerwałam im tę kłótnie – Ktoś jedzie!

Wszyscy zwróciliśmy się w kierunku dróżki, która prowadziła do naszego domu. Na podjazd zajechał duży, biały samochód towarowy. Po chwili wyszły z niego trzy kobiety. Były bardzo piękne, poruszały się z ogromną gracją. Wszystkie miały blond włosy i złoty kolor oczu. Carlisle wstał i razem z żoną wyszedł na spotkanie wampirzycą. Uściskali się serdecznie. Kobiety wydawały się być lekko zdziwione.

- Kochane, jak miło was widzieć! – przywitała je Esme.

- My też się cieszymy – odpowiedziała najniższa blondynka – Ale zastanawia mnie jedno. Nie dzwoniliśmy przecież kiedy przyjedziemy, a wy czekacie tu już na nas spakowani i przygotowani. Jak to możliwe?

- Ma się swoje sposoby – odpowiedział Edward, puścił do mnie oczko i podszedł do gości – Witaj Tanyo.

- Witaj Edwardzie – Tanya spojrzała na niego z dziwnym błyskiem w oku.

Carlisle zwrócił się w stronę moją i Jaspera i ruchem dłoni nakazał, żebyśmy i my podeszli bliżej.

- Chodźcie, kochani – zawołał – Przedstawimy was.

Jasper objął mnie ramieniem i pomógł mi stać, choć nie było to wcale konieczne. Uśmiechnęłam się do niego. Uwielbiałam te jego dżentelmeńskie maniery. Podeszliśmy i uścisnęliśmy dłonie z Danalkami.

- Moi drodzy – rzekł Carlisle – To nasze przyjaciółki z Denali, o których tyle wam opowiadaliśmy. Mieszkają w górach i żywią się tak samo jak my. Przyjaźnimy się od dawna. To Tanya, Kate i Irina.

- Miło was poznać – uśmiechnęła się Tanya, wampirzyca o kręconych włosach koloru prawie rudego.

- Tak, na pewno się zaprzyjaźnimy – puściła do nas oczko Kate, najwyższa, o długich, prostych, platynowych włosach.

- Tak, witajcie – Irina uśmiechnęła się nie śmiało.

- A to Alice i Jasper – kontynuował doktor – Niedawno do nas dołączyli.

- Cześć – powiedziałam jednocześnie z Jasperem. Wszyscy zachichotali.

- No, no, no… – Tanya poklepała Esme po ramieniu – Ciekawa jestem ile wampirów jeszcze dołączy do waszej rodziny. Najwyraźniej ciągle wam mało!

- Macie jakieś dary? – Kate podeszła do nas bliżej. Przyglądała się nam z zainteresowaniem. Coś czuję, że będziemy się dobrze dogadywały.

- Jasper manipuluje emocjami, a ja przewiduję przyszłość. A wy?

- Niezwykłe… Z naszej trójki tylko ja jestem uzdolniona. I radzę do mnie nie podchodzić kiedy się zdenerwuję – zaśmiała się a z jej dłoni wydobyło się kilka iskierek – Traktuję prądem.

- Ojej – odruchowo odsunęłam się krok, czym wywołałam u reszty śmiech.

- Dobra, my tu gadu-gadu a robota czeka! – zakomenderował Edward.

Wszyscy zgodnie pokiwaliśmy głowami. Zabieramy się do roboty!

***

Praca szła nam szybko i przyjemnie. Kartony, paczki, meble, braliśmy ze sobą wszystko co się dało, choć i tak musieliśmy przekonywać Esme do zostawienia stołu z jadalni. Carlisle obiecał jej nowy i jakoś odpuściła.

Siostry z Denali okazały się być bardzo miłe. Polubiłam je wszystkie, a wspólny język znalazłam z Kate. Razem z nią i Rose bez przerwy nawijałyśmy o ciuchach i już umówiłyśmy się na wspólny wyjazd.

A chłopaki zamiast nam się przysłuchiwać znaleźli sobie wspaniałą zabawę w popisywaniu się kto udźwignie więcej kartonów za jednym zamachem. Zazwyczaj wygrywał Emmet, a pozostali się na niego złościli.

W godzinach wieczornych doktor z żoną ostatni raz zamknęli drzwi od swojego domu. Wsiedliśmy do samochodów i ruszyliśmy w drogę.

Tym razem podróż minęła bezproblemowo, zrobiliśmy też jeden przystanek na polowanie. Specjalnie wybraliśmy inną drogę prowadzącą głównie przez lasy. W miłej atmosferze dojechaliśmy do portu, załadowaliśmy rzeczy na statek i pożegnaliśmy się z siostrami, które w tym miejscu miały zawrócić i wrócić do siebie.

Rejs statkiem przez morze to cudowne przeżycie. Dla mnie i dla Jaspera delfiny czy orki były nowością, więc mieliśmy o czym rozmawiać przez całą drogę.

Od portu w Wielkiej Brytanii do Cardiff nie było już daleko. Pięć godzin później zaparkowaliśmy samochody na podjeździe pod naszym nowym domem.

– No to co – powiedział Carlisle – Witajcie w domu.

Nowy blog! :D

Witam Was kochani moi!

Spokojnie, nie zawieszam ani nie usuwam bloga, nie upadłam jeszcze na głowę! ;) Chciałabym Was poinformować i zaprosić na mojego kolejnego bloga. Pisałam Wam już wcześniej o moich planach, które w końcu doszły do skutku.

odrodzeni-odnalezcsiebie.blog.pl

To adres. Historia nawiązują do tej, są tam postacie ze Zmierzchu ale tym razem i nie tylko. Serdecznie Was zapraszam i mam nadzieję że pomysł Wam się spodoba ;)

Tymczasem kolejny rozdział tutaj powinien pojawić się w czwartek lub piątek.

Pozdrawiam serdecznie :-*

Alice M

Rozdział 36

Hej hej i czołem! :D Kochani, oto dziś przychodzę z nowiutkim rozdziałem! Chciałabym podziękować serdecznie za te wszystkie cudowne komentarze, które zostawiacie mi na blogu. Jesteście najlepsi, kocham Was ♥

 

 

 

Rozdział 36

Siedzieliśmy w lesie jeszcze przez długi czas. Postanowiliśmy wrócić dopiero wtedy, kiedy na dobre rozpętała się burza. Szliśmy powolnym krokiem, nigdzie się nam nie spieszyło. Jazz obejmował mnie ramieniem i manipulował moimi emocjami, bym znów była spokojna.

Martwiłam się. Z każdym krokiem mój strach narastał. Co będzie kiedy wrócimy do domu? Co się wtedy stanie? Tak bardzo się bałam, że Cullenowie nie będą nas już chcieli w rodzinie. Będą się nami brzydzić, gardzić nami. Mogą nam nie wybaczyć tego co zrobiliśmy. Zwłaszcza Carlisle. Okropnie się czułam, zawiodłam go. To on może podjąć decyzję i wyrzucić nas na próg.

Sprawdzałam przyszłość, lecz nie wyłapałam nic przydatnego. Zamyśliłam się, i nie zauważyłam kiedy Jasper przystanął i delikatnie mnie zatrzymał. Spojrzałam na niego zdziwiona.

- Spójrz tam – uśmiechnął się i wyciągnął rękę.

Podążyłam za jego spojrzeniem. Widok zapierał dech w piersiach. Grzmoty ustały, deszcz przerodził się w mżawkę, a zza ciężkich, burzowych chmur wyłoniło się nieśmiało słońce. Na niebie pojawił się przepiękny, kolorowy półokrąg. Tęcza. Wspaniała, siedmiokolorowa tęcza na szarym niebie i pojedyncze promyki słońca. Czy istniało na świecie piękniejsze zjawisko?

- Jakie to piękne – szepnęłam zafascynowana.

- Czy ja wiem… – Jazz podszedł do mnie, objął mnie ramionami w talii i wtulił twarz w moje mokre włosy – Tęcza może i jest ładna, ale różnica między nią a tobą jest jak stąd do księżyca. Powalasz ją na kolana.

Zachichotałam. Przez chwilę zapomniałam o wszystkim, i liczyło się tylko tu i teraz. Niestety ta sielanka nie potrwała długo, szybko zastąpiła ją okrutna rzeczywistość. Odetchnęłam głęboko i pociągnęłam swojego towarzysza za rękę. Chciałam już tam być i mieć to za sobą.

Do domu dotarliśmy pięć minut później. Ścisnęłam ramię Jaspera i weszliśmy do środka. Cała rodzina siedziała w salonie, jakby czekając na nas. Nie wydawali się jednak być źli czy zawiedzeni. Kiedy nas zobaczyli odetchnęli z ulgą. Esme natomiast jakby się przeraziła i popędziła do łazienki. Po chwili wróciła z niej, podeszła do nas i podała nam po czystym ręczniku.

- Jak wy wyglądacie? – spytała retorycznie kręcąc przy tym głową – Jesteście cali mokrzy! No już, wysuszcie się porządnie!

- Mamo, przecież się nie przeziębią – Edward wywrócił oczami z uśmiechem.

- Nic wam nie jest? – wampirzyca kontynuowała swoje przesłuchanie – Dobrze się czujecie? Gdzie wyście byli tak długo i to w środku burzy?

- Spokojnie, wszystko w porządku – uśmiechnęłam się do niej nieśmiało.

Carlisle podniósł się z fotela i podszedł do nas. Spuściłam wzrok, nie odważyłam się spojrzeć mu w oczy, tym bardziej że moje własne były teraz krwistoczerwone. Otworzył usta by coś powiedzieć, lecz przerwał mu Jazz.

- Carlisle, zanim coś powiesz, proszę, wysłuchaj mnie. Nawaliłem. Nawaliłem na całej linii. To, co zrobiłem jest niewybaczalne. Złamałem twoją zasadę i cię zawiodłem. Nawet sobie nie wyobrażasz jak się po tym wszystkim czuję. Nie dałem rady, nie powstrzymałem się. Zabiłem trójkę ludzi, i to na dodatek na twoich oczach. Wiem, co sobie teraz o mnie myślisz. Nie krępuj się. Znienawidź mnie. Wyrzuć mnie z domu. Żałuj, że przyjąłeś pod swój dach maszynę do zabijania. W pełni sobie na to zasłużyłem. Proszę cię tylko o jedno, zanim odejdę. Nie krzycz na Alice. To nie jej wina. Powinien powstrzymać pragnienie i być razem z nią. Razem byłoby nam łatwiej. Biorę na siebie całą odpowiedzialność.

- Jeżeli zechcesz, możemy wyjechać nawet dzisiaj – dodałam.

Zapadło długie milczenie. Wciąż patrząc na swoje stopy, ręką odszukałam dłoń Jaspera i mocno ją ścisnęłam. Potrzebowałam tego w tej chwili, i miałam w nosie to, że inni dowiedzą się o naszym sekrecie. Zresztą, czy teraz to ważne?

Po chwili nie wytrzymałam. Wzięłam głęboki oddech i podniosłam wzrok na doktora. Patrzył to na mnie, to na Jaspera. Na jego twarzy majaczył uśmiech. Położył dłonie na naszych ramionach i uśmiechnął się do nas z troską.

- Dzieci – przemówił – Jak mógłbym was wyrzucić z domu? Jak mógłbym krzyczeć na was i się denerwować? O nic was nie obwiniam. Wiem, że żałujecie tego co się stało, ale wiem też że nie zrobiliście tego specjalnie. To mogło się przydarzyć każdemu. Pech chciał, że to akurat wy jechaliście wtedy z nami. Nic się nie stało, naprawdę. Nie jestem ani odrobinę zły. Nie mam za co.

- Ale przecież zawiedliśmy cię…

- Nikogo nie zawiedliście. No już, spokojnie. Najlepiej zapomnijmy i nie wracajmy więcej do tego. A teraz naprawdę się wysuszcie, bo woda kapie z was na podłogę.

- Carlisle, ty chyba jesteś aniołem – powiedziałam i rzuciłam się na niego, mocząc przy tym jego koszulę – Dziękuję! Dziękuję! Dziękuję!

Doktor, jak i reszta domowników, zaczęli się głośno śmiać. Poklepał Jaspera po ramieniu i popchnął nas lekko w kierunku łazienki. Tam odetchnęliśmy z ulgą i zaczęliśmy chichotać jak jacyś wariaci. No tak, przecież nimi byliśmy.

***

Tęcza zniknęła tak szybko jak się pojawiła. Słońce schowało się za horyzontem, ustępując miejsce swojemu mniejszemu kuzynowi księżycowi. Nawet chmury się rozeszły i pozostawiły niebo idealnie czyste. Przyozdabiała je jedynie siateczka milionów migoczących gwiazd.

Cała rodzina znajdowała się zapewne w swoich pokojach i dokańczała pakowanie swoich rzeczy. Byłam właśnie w pokoju Jaspera i pomagałam mu zapakować walizkę. Zrobiłam sobie małą przerwę i przysiadłam na parapecie okna, jak to miałam w zwyczaju, i zapatrzyłam się w nocne niebo.

W pewnej chwili poczułam na swojej talii silne, męskie ramiona. Uśmiechnęłam się lekko, nie musiałam się odwracać żeby wiedzieć kto za mną stoi. Przez kilka minut wokół nas panowała przyjemna cisza.

- O czym myślisz? – zapytał Jasper także spoglądając w niebo.

- Widzisz księżyc? – odpowiedziałam pytaniem – Po jego prawej stronie świeci gwiazda, jest większa i jaśniejsza od pozostałych. Widzisz ją?

- Widzę.

- Wiesz, sądzę że to my jesteśmy tam na niebie, nasze odbicia. Ty jesteś księżycem, a ja tą migoczącą gwiazdą obok ciebie. A te pozostałe to nasza rodzina i przyjaciele.

- Tak myślisz? Tam pod nami jest jeszcze jedna gwiazdka, nie tak duża ale świeci prawie tak samo pięknie. Kto to jest twoim zdaniem?

- Jeszcze tego nie wiem – westchnęłam – Ale na pewno się dowiem – i znów cisza – Szkoda, że się wyprowadzamy. Tutaj jest tak pięknie.

- I pomyśleć, że o mało co byśmy to wszystko stracili. I to wszystko przeze mnie.

Odwróciłam się i spojrzałam na niego karcąco.

- Miałeś tak nie myśleć. Co ja ci mówiłam? To nie jest twoja wina, niczyja. Nawet Carlisle tak powiedział. Całkowicie się z nim zgadzam, musimy po prostu o tym wszystkim zapomnieć.

Znów zapatrzyłam się w gwiazdy. Mój wyostrzony wzrok z łatwością wyłapywał wszystkie gwiazdozbiory i konstelacje. Niezmiernie ciekawiło mnie to, co jest gdzieś tam, w kosmosie. Mogłabym zagłębiać się w jego tajemnice latami. Oparłam delikatnie głowę na ramieniu Jaspera.

Lecz nagle stało się coś dziwnego. Jego ciało przeszedł dreszcz. Odwróciłam się zaniepokojona i zmierzyłam go uważnym wzrokiem od stóp do głów. W jego oczach dostrzegłam coś dziwnego, coś czego nigdy wcześniej nie widziałam. Jakaś nieznana mi dziwna iskierka. Przymknął oczy i powoli wciągnął powietrze.

- Coś się stało? – zapytałam.

- Nie, nie – przyciągnął mnie do siebie trochę bardziej – Tylko… Po prostu jesteś tak… blisko… Za blisko…

Kiedy pomalutku położył swoją dłoń na mojej talii i zjechał nią na biodro, ja też się wzdrygnęłam. I wtedy zrozumiałam. Jasper jest wampirem, był majorem i wojskowym dowódcą. Lecz mimo wszystko jest także po prostu mężczyzną. I właśnie teraz jego organizm zaczął domagać się spełnienia fizycznych potrzeb.

Najpierw pocałował mnie w policzek, a później stopniowo zaczął schodzić niżej, do szyi. Swoimi miękkimi ustami pieścił moją bladą skórę. A ja zaczęłam się bać. Wiem, że to absurdalne, w takim momencie. Tylko że ja nigdy tego nie robiłam. A przynajmniej wydawało mi się że nigdy. Kompletnie nie wiedziałam jak się zachować. Stałam w miejscu a przez Jaspera przeszedł kolejny dreszcz, tym razem silniejszy niż tamten.

- Alice… – szepnął zaniepokojony. Mimo targającego nim uczucia martwił się o mnie – Czy mogę… Czy ty tego chcesz? Nie chcę cię skrzywdzić…

- Nie, Jasper – odszepnęłam – Wszystko w porządku.

Odwróciłam się do niego przodem. Zaczęłam delikatnie jeździć dłońmi po jego torsie. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę z tego, że jest on taki twardy i umięśniony. Palcami zaznaczałam kontury jego mięśni. Opierając się o niego stanęłam na palcach i musnęłam jego wargi swoimi, dając mu jednocześnie swoje przyzwolenie.

Zareagował natychmiast. Wpił się w moje usta tak łapczywie jak nigdy dotąd. Czułam na swoich plecach jego dłonie. Nie odrywając się od siebie zaczęliśmy podchodzić do łóżka. Hm, czy to przypadek że jesteśmy akurat tutaj? Ja mam u siebie tylko małą kanapę.

Bardzo ostrożnie położył mnie na zielonkawej narzucie, zupełnie tak, jakbym w każdej chwili miała się zbić niczym porcelanowa lalka. Ułożył mnie na poduszkach i pochylił się nade mną. Całował mnie coraz bardziej namiętnie. A ja po prostu oddawałam pocałunki, mając nadzieję że nie wychwyci mojego zdenerwowania. Przesunął się i zaczął pozbywać się moich balerinek. Żeby nie zostać w tyle, dobrałam się do guzików jego szarej koszuli.

I znów stało się coś zaskakującego. Przed oczami pojawiła mi się czerń, a głowa zaczęła trochę boleć. Nie była to jednak wizja, bo byłam w pełni świadoma, wszystko słyszałam i czułam, jedynie nic nie widziałam. Zatrzęsłam się, a moje ręce zastygły w miejscu przy ostatnim guziku.   Po chwili zaczęły się pojawiać strzępki obrazów, były one bardzo niewyraźne i zamglone. Udało mi się dostrzec jakąś dziewczynę, a po chwili i chłopaka. Była podobna do mnie, ale nie byłam pewna czy to ja. Chłopak zbliżał się do niej, a ona krzyczała i próbowała się bronić. Zdarł z niej sukienkę. A na sam koniec usłyszałam jeszcze czyjś płacz.

Obrazki wraz z czernią zniknęły. Opadłam z powrotem na poduszki i zaczęłam masować skronie które teraz pulsowały z bólu. Jasper oderwał się ode mnie i położył obok mnie. Patrzył na mnie przerażony.

- Alice… Co ci jest? Co się stało?

Ach, żebym ja to wiedziała! Ból powoli zaczął ustępować. Otworzyłam oczy i złapałam go za rękę.

- Jasper, ja… – wydukałam – Ja chyba… Jeszcze nie jestem gotowa. Przepraszam. Nie mogę…

Spuściłam wzrok a moje oczy zrobiły się nagle suche. Zaczerpnęłam głośno powietrza. Jazz przytulił mnie mocno do siebie, ale tym razem tak normalnie, bardziej troskliwie. Głaskał mnie po włosach i próbował uspokoić swoim darem.

– Nic się nie stało – szepnął – To ja przepraszam. Będę czekał na ciebie choćby całą wieczność. Obiecuję.

 

Rozdział 34 + 35 – WIELKI POWRÓT :)

Hej, hej, hej! :D Nawet nie wiecie jak bardzo mi się miło zrobiło, kiedy weszłam na bloga żeby sprawdzić aktualności, a tam przy zakładce Komentarze widnieje piękna cyferka 6. No po prostu siedziałam i szczerzyłam się do ekranu jak głupia! :D To tak bardzo dużo dla mnie znaczy, że zostaliście i wciąż jesteście ze mną. Dziękuję, kocham Was ♥

No więc co? Powracam, tak? ;) Dla przypomnienia wklejam najpierw rozdział 34 a zaraz po nim, w tym samym poście, nowiuśki, świeżutki rozdzialik 35, specjalnie dla Was. Dedykuję go wszystkim którzy wspierali mnie od początku. Wiem że się powtarzam, ale dziękuję, dziękuję, dziękuję!! :D

Wasza, Alice M

 

 

 

Rozdział 34

Następnego dnia rano o godzinie szóstej wyszłam ze swojego pokoju. Pod drzwiami znów czekał na mnie uśmiechnięty Jasper. Podszedł do mnie i mocno mnie przytulił.

- Stęskniłem się – szepnął.

- Ja też, Jazz – odszepnęłam.

- Jazz? – zdziwił się.

- No wiesz, takie zdrobnienie – wyjaśniłam i puściłam mu oczko – Jest słodkie. No i to rewanż za wczorajszego „chochlika”, ty wielkoludzie.

Zrobił minę naburmuszonego dziecka. Westchnęłam i zeszliśmy na dół. Na fotelu siedział Edward i przeskakiwał pilotem kanały telewizyjne. Wyglądał na bardzo znudzonego. Podeszłam do niego.

- Może pojedziesz z nami? – zapytałam.

- Widziałem ten dom w myślach Carlisle’a jakiś tysiąc razy – prychnął – Nie, dziękuję, wolę zostać tutaj. Wybiorę się później z Emmetem na małe polowanie.

- Nam też by się przydało – odezwał się Jasper stając obok nas i podając mi małą parasolkę na wszelki wypadek. Ja też byłam już głodna.

- Pójdziemy jak tylko dotrzemy na miejsce. Carlisle na pewno się zgodzi. A tak właściwie to gdzie on jest?

- Czeka z Esme w garażu – Edward kiwnął głową.

- No to idziemy – powiedziałam – Na razie!

Wyszliśmy z Jasperem z domu i skierowaliśmy się w stronę garażu. Kiedy weszliśmy państwo Cullen sprzeczali się o wybór samochodu na drogę. Zaśmiałam się.

- O co chodzi Carlisle? – zapytałam.

- Nie możemy się zdecydować, którym samochodem pojedziemy. Ja wolałbym pojechać autem Emmeta, bo jest bardziej praktyczny na tak daleką drogę.

- Ale za to nasz jest bardziej elegancki – włączyła się Esme – Jedziemy do Wielkiej Brytanii, musimy się jakoś prezentować.

Doktor wywrócił oczami a ja ponownie się zaśmiałam.

- To może weźmiemy mój i Alice? – zaproponował Jasper, żeby załagodzić sytuację – Będziesz mógł prowadzić.

- Zgoda – odpowiedzieli jednocześnie po chwili namysłu.

Wyciągnęłam kluczyki z torebki i rzuciłam je doktorowi. Wsiedliśmy do naszego błękitnego jak niebo cudeńka. Usiadłam razem z Jasperem z tyłu. Carlisle odpalił auto i wyjechaliśmy z garażu.

Czekała nas bardzo długa droga nad ocean, a później mieliśmy popłynąć wynajętym przez doktora statkiem. Nie mogliśmy lecieć samolotem z uwagi na słabą jeszcze samokontrolę Jaspera. Mi też byłoby ciężko.

***

Jechaliśmy już ponad trzy godziny. Przez ten czas dużo rozmawialiśmy i żartowaliśmy. Esme opowiadała nam jak wygląda nasz nowy dom, a ja próbowałam go sobie wyobrazić.

- To piętrowy dom z wykorzystanym poddaszem – opowiadała z zachwytem – Pomalowany na kremowo, z dachówką jasną i ciemną na przemiennie. Ma duży garaż, wszystkie nasze samochody na pewno się w nim zmieszczą, Rose będzie zachwycona. Najpiękniejszy jest oczywiście ogród. Już nie mogę się doczekać kiedy będę mogła sadzić i pielęgnować te wszystkie rośliny!

- Pomogę ci we wszystkim – zaoferowałam się – Jeśli oczywiście będziesz chciała.

- Oczywiście że tak! – uśmiechnęła się – Może w końcu uda mi się zarazić kogoś pasją do ogrodnictwa.

- Będę pierwsza?

- Tak. Carlisle zawsze ma dużo pracy w szpitalu, Edward woli grać na fortepianie, Rosalie boji się że zniczy sobie paznokcie, a Emmeta nawet nie proszę. Jest taki duży, że jeszcze wszystko by mi podeptał!

- Dobrze, że tego nie słyszy – zaśmiał się Jazz.

- Och, powiedziałam mu to już. Najpierw się śmiertelnie obraził a później przyniósł mi małą sosnę, którą tak zmasakrował że musiałam ją wyrzucić.

- A jakie kwiaty najbardziej lubisz? – zapytałam.

- Hm… Nie mam chyba ulubionych. Bardzo lubię czerwone róże, ale stokrotki są takie urocze! Natomiast chryzantemy pachną tak pięknie, a hiacynty…

Nie usłyszałam już nic więcej, przed moimi oczami pojawiła się ciemność. Znalazłam się przy drodze. Podniosłam się z trawy i rozejrzałam dookoła. Z prawej strony jechał nasz samochód. Z lewej zaś pędził z ogromną prędkością biały mercedes. Jechał środkiem drogi, i wydawało mi się że pod prąd. Po chwili zjechał na nasz pas i pędził prosto na nas. Carlisle wykonał szybki manewr i w ostatniej chwili zjechał na pobocze. Niestety mercedes wpadł w poślizg i rozbił się o duże drzewo rosnące nieopodal. Przerażona chciałam podbiec i sprawdzić czy nic się stało, ale świat zawirował. Wizja się skończyła a ja znów siedziałam w naszym samochodzie.

- Nie! – krzyknęłam.

Ale było już za późno. Carlisle już ostro zahamował i zjechał na bok z piskiem opon. Z przerażeniem patrzyłam jak biały mercedes wpada na drzewo i ze straszliwym hukiem odgniata się na nim. Niezbyt mocna roślina zachwiała się i upadła pod wpływem uderzenia, przygniatając samochód.

I wtedy to się stało. Doleciała do nas woń ludzkiej krwi pomieszanej z alkoholem i dymem papierosowym. Znieruchomiałam.

- Jasper, nie! – krzyknął Carlisle.

Ale Jaspera już nie było. Nie bacząc na nic rzucił się w kierunku rozbitej maszyny. Szybko zrobił dziurę w dachu i dopadł do ofiary, wbijając swoje kły w jej szyję. Było już za późno.

Esme odwróciła wzrok i zatknęła dłonią nos. Doktor spojrzał na mnie z przerażeniem w oczach.

Cała wręcz dygotałam. Nie mogłam się poruszyć o milimetr, a nawet wypowiedzieć choćby jednego słowa. Woń była za silna, a ja zbyt głodna. Nie myślałam o niczym innym, tylko o ciepłej, smakowitej, czerwonej cieczy która mogłaby ugasić pożar w moim gardle który niespodziewanie wybuchł. Zaciskałam dłonie na krawędzi siedzenia. Spoglądałam to na Jaspera, to na Carlisle’a. Nie wiedziałam co robić. Zza moich zaciśniętych ust wydobył się cichy jęk.

- Alice – powiedział drżącym głosem doktor – Spokojnie. Wiedz, że nie chcę cię do niczego zmuszać. Pragnę cię tylko prosić byś choć spróbowała się powstrzymać. Ale jeżeli nie dasz rady, nic nie szkodzi. Taka jest nasza natura.

Nie odpowiedziałam, ponownie jęknęłam.

- Idź sprawdź co z tymi ludźmi – włączyła się Esme – Może ktoś przeżył, może da się coś jeszcze zrobić. My tu zostaniemy. Daj mi kluczyki.

Carlisle posłusznie oddał żonie klucze i pobiegł do rozbitego samochodu, zbierając ze sobą podróżną apteczkę.

- Zamknij samochód – wysyczałam przez zaciśnięte zęby.

Esme pokiwała głową, nacisnęła przycisk i drzwi naszego auta się zablokowały. Odwróciła się do mnie i złapała mnie mocno za rękę, patrząc ze współczuciem.

- Będzie dobrze – szepnęła.

Tak bardzo chciałam jej wierzyć, ale nie potrafiłam. Trzęsłam się cała i mimowolnie cicho warczałam. Spojrzałam przez szybę na Jaspera. Właśnie opróżniał z krwi drugie ciało. Carlisle spojrzał w naszą stronę i smutno pokręcił głową na znak, że nikt nie przeżył tego strasznego wypadku.

Krzyknęłam i wyrwałam rękę z uścisku wampirzycy. Zupełnie nad sobą nie panowałam, jakby ktoś lub coś przejęło władzę nad moim ciałem i umysłem. Zaczęłam histerycznie krzyczeć i szarpać za drzwi. Byłam taka głodna! Boże, dlaczego nie poszliśmy wcześniej na to polowanie?! Dlaczego tego wszystkiego nie przewidziałam wcześniej?!

Jakby w zwolnionym tempie zobaczyłam jak Carlisle wyciąga na zewnątrz ostatnie, zakrwawione ciało młodego mężczyzny.

I wtedy miarka się przebrała. Szarpnęłam za drzwiczki, które tym razem nie stawiały żadnego oporu. Usłyszałam za sobą ciche „przepraszam”, ale nie zwracałam już na to uwagi.

Wybiegłam z auta najszybciej jak potrafiłam, kierowana głodem i rządzą mordu. Carlisle mnie zauważył i ze smutnym wyrazem twarzy odsunął się, nie chcąc wchodzić mi w drogę i wiedząc, że nic mnie już nie powstrzyma.

Dopadłam do ciała jak oszalała i nie czekając już na nic, wbiłam swoje zęby w ciało chłopaka. Wysysałam życiodajną ciecz szybko i łapczywie. Ludzkiej krwi nie dało się w żaden sposób porównać do zwierzęcej. Była o wiele pożywniejsza, smaczniejsza i słodsza. Pożar, który palił moje gardło powoli przygasał, ale ja wciąż nie miałam dość. Chciałam więcej, więcej i więcej.

Zobaczyłam jak Jasper posila się ostatnim ciałem i warknęłam. Już chciałam się na nich rzucić, kiedy poczułam na swojej talii silne ramiona. Nie wiedziałam kto to,  byłam jeszcze głodna i pragnęłam więcej krwi. Wyrywałam się i szamotałam na wszystkie strony, lecz ten ktoś był ode mnie silniejszy. Znów zaczęłam wrzeszczeć, a później histerycznie się rozpłakałam.

- Spokojnie, Alice – usłyszałam głos – Spokojnie, wszystko będzie dobrze.

- Zostaw mnie! – wysyczałam jednocześnie warcząc i szlochając – Błagam, zostaw mnie! Zostaw!

Szarpnęłam się mocniej i uwolniłam się z uścisku. Moja wolność nie potrwała jednak zbyt długo, bo po chwili upadłam na kolana i drugi już dzisiaj raz pochłonęła mnie ciemność.

Obrazy jakie widziałam były błahe i tak naprawdę nic nie znaczące, głównie związane z Carlisle’em. Pierwszy obraz – Carlisle jedzie na stację benzynową zatankować. Drugi obraz – Carlisle wypełnia jakieś papiery. Trzeci obraz – Carlisle czyta książkę. Czwarty obraz – Carlisle i Esme idą na zakupy. Po dłuższej chwili zrozumiałam, że doktor celowo podejmuje takie krótkie decyzje żeby zająć mnie czymś wywołując wizję. Podczas wizji nie wiem co się ze mną dzieję i nie mogę nic zrobić. Bardzo sprytnie.

Po jakimś czasie, nie wiem jak długim, wszystko zawirowało i wizje się skończyły. Znalazłam się w naszym aucie, leżałam na tylnych siedzeniach. Carlisle odpalił i z piskiem opon ruszył w drogę powrotną. Ale co z Jasperem?! Przecież on tam ciągle jest!

- Jasper – mamrotałam pomimo bólu gardła i dziwnego zmęczenia – Jasper… On został… Trzeba go zabrać…

- Cii, wszystko w porządku – powiedział doktor – Wrócimy po niego, nie martw się o nic. Odpocznij i spróbuj się uspokoić. Już wszystko dobrze.

Kątem oka zauważyłam jak Esme wyciąga ze swojej torebki telefon i wybiera jakiś numer. Przyłożyła telefon do ucha i zaczęła gorączkowo mówić :

- Edwardzie, weź kogoś ze sobą i natychmiast przyjeżdżaj!

Nie słuchałam dalszej części rozmowy. Opadłam na siedzenia z głośnym płaczem, uświadamiając sobie, co przed chwilą zrobiłam.

 

 

Rozdział 35

Przez całą drogę powrotną milczałam. Nie miałam sił ani ochoty na rozmowę. Patrzyłam na mijany krajobraz, choć tak naprawdę nic nie widziałam. Przed oczami cały czas miałam to zakrwawione ciało…

Nawet nie zauważyłam kiedy wjechaliśmy do garażu. Doktor wysiadł i otworzył mi drzwi. Popatrzyłam na niego chwilę i bardzo wolno wyszłam z samochodu. Esme wzięła mnie pod ramię i poprowadziła do domu. Weszłyśmy schodami na górę i skierowałyśmy się do mojego pokoju. Usiadłyśmy na kanapie. Wbiłam wzrok w swoje stopy. Przez dłuższy czas nikt się nie odezwał.

W pewnym momencie spojrzałam na niewielkie lustro wiszące na ścianie przede mną i przeraziłam się. Moje tęczówki nie były już złote, błyszczały złowrogo intensywną czerwienią.

- Boże, co ja najlepszego zrobiłam… – szepnęłam dotykając dłonią twarzy.

- To nie twoja wina, Alice – odezwała się Esme – Każdemu mogło się zdarzyć…

- Dlaczego odblokowałaś drzwi? – przerwałam jej i wpatrzyłam się w ścianę. Zmieszała się – Dlaczego to zrobiłaś?

- Wiem, że nie powinnam. Ale nie mogłam patrzeć na to jak się męczysz, jak cierpisz. Serce mi się krajało. Przepraszam. Wybacz mi, Alice.

- Nie, nie… To tylko i wyłącznie moja wina.

- Nie mów tak, proszę…

- To moja wina! – podniosłam głos – Mogłam się powstrzymać, ale nie wytrzymałam. Może jeszcze udałoby się uratować tego chłopaka, a ja go zabiłam. Nie zabiłam człowieka od ponad dwudziestu ośmiu lat. Boże, dlaczego nie poszliśmy wcześniej na to cholerne polowanie?!

I w tym momencie coś sobie przypomniałam. Jasper! On tam został. On tam ciągle był. Matko, co teraz z nim będzie? Przecież jego depresja może powrócić. Załamie się. Muszę mu pomóc. I to jak najszybciej. Nie mogę pozwolić żeby znów tak cierpiał.

- Gdzie Jasper? – zapytam ocierając twarz rękoma – Gdzie on jest? Co z nim?

- Edward, Emmet i Rosalie po niego pojechali. Niedługo powinni wrócić.

Wzięłam głęboki oddech i spróbowałam się uspokoić. Nie mogę się użalać nad sobą. Muszę myśleć tylko o Jasperze, o tym jak on będzie się czuł. Moje samopoczucie jest tutaj akurat najmniej ważne. Najważniejszy jest Jasper, i to że muszę mu pomóc dojść do siebie. Ale na razie pozostało mi jedynie czekać, aż reszta rodziny przywiezie go z powrotem.

***

Chodziłam nerwowo po salonie, od jednego okna do drugiego. Od naszego powrotu minął cały dzień, a ich jeszcze nie ma. Coraz bardziej się denerwowałam. Próbowałam zajrzeć w przyszłość, ale wszystkie obrazy jakie widziałam były chaotyczne i niewyraźne, tak jakby ktoś podejmował tysiąc decyzji na sekundę. Podejrzewałam kim był ten ktoś.

- Spokojnie, na pewno wszystko jest w porządku. Będą lada moment – mówił doktor. Ale mnie to zamiast uspokajać, denerwowało jeszcze bardziej.

Mijały godziny aż w końcu słońce zaszło za horyzont i zapadł mrok. Wskazówka na tarczy zegara wiszącego nad kominkiem, jak na złość przesuwała się jakby w zwolnionym tempie. A zanim zrobiła pełne okrążenie, mijała chyba wieczność.

Nagle, na ciemnej ścianie lasu zamajaczył kształt naszego samochodu, a po chwili wjeżdżał on do garażu. Popędziłam tam jak oszalała. Była tam cała reszta, ale brakowało Jaspera.

- Co z nim? Gdzie jest Jasper? Co się dzieje? Wszystko dobrze? Gdzie on do cholery jest?! – wyrzucałam z siebie słowa niczym katapulta.

- Hej, hej, spokojnie! – Emmet złapał mnie za ramiona – Bo zaraz nam odlecisz.

- Gdzie Jasper?

- Spokojnie – odezwał się Edward – Siłą go tu zaciągnęliśmy. Wyrwał nam się w lesie i powiedział że nie chce wracać i że chce być sam. Ktoś musi tam do niego iść i go pilnować, żeby przypadkiem nie zrobił nic głupiego.

I tyle mi wystarczyło. Wybiegłam z garażu najszybciej jak tylko mogłam i wbiegłam do lasu. Las nocą był ciemny, ponury, tajemniczy, przerażający, ale jednocześnie skrywał w sobie urok i pewnego rodzaju magię. Wiał delikatny wietrzyk, świerszcze grały swoje nocne utwory, a gdzieniegdzie pohukiwały sowy. Na niebie jasno świecił księżyc, a wokół niego tysiące migoczących gwiazd.

W innych okolicznościach zachwycałabym się pięknem natury, ale teraz nie miałam na to czasu. Musiałam jak najszybciej znaleźć Jaspera. Rozglądałam się uważnie dookoła, lecz nigdzie go nie dostrzegłam. W pewnej chwili do mojego wyczulonego nosa doleciał jego zapach. Przyspieszyłam jeszcze bardziej i podążyłam jego tropem.

Po kilku minutach rozpoznałam jego sylwetkę na tle ciemnych drzew. Przemieszczał się od jednego drzewa do drugiego z prędkością błyskawicy. Odczekałam chwile i w odpowiednim momencie wskoczyłam mu na plecy, jednocześnie powalając go na ziemię.

Przeturlaliśmy się spory kawałek po gęstej, mokrej od rosy trawie. Kiedy się zatrzymaliśmy leżałam na jego brzuchu. Natychmiast mnie z siebie zrzucił, wstał i odszedł kilka kroków.

- Idź stąd! – krzyknął zasłaniając rękoma twarz.

Nie posłuchałam go i szybko do niego podeszłam.

- Jasper! Cii, spokojnie, już wszystko w porządku…

- Nie patrz na mnie! Idź!

- Wszystko jest już dobrze… – spróbowałam oderwać jego dłonie od jego twarzy, lecz nie pozwolił mi na to i się szarpnął.

- Nic nie jest dobrze! Idź sobie! Wyglądam strasznie! Jestem potworem!

- Cii… Spójrz na mnie, Jasper. Spójrz na mnie – siłą go do tego zmusiłam. Jedyne co zmieniło się w jego wyglądzie to kolor oczu. Wciąż był tak nieziemsko przystojny – Widzisz? Ja też mam czerwone oczy. Ja też nie wytrzymałam, też zabiłam człowieka.

- Ty nic nie rozumiesz – warknął.

- Właśnie, że rozumiem. No już, uspokój się.

Mocno się do niego przytuliłam. Jęknął i osunął się na ziemię, a ja razem z nim. Podciągnął nogi pod siebie, oplatał je ramionami i schował w nich twarz. Kołysał się nerwowo i co chwile jego ciałem wstrząsał dreszcz. Wydawał z siebie bliżej nieokreślone dźwięki, raz jęczał, raz warczał, raz prawie płakał.

Na ziemie spadły pierwsze krople wody, a po chwili rozpadało się na dobre. Pogoda jakby dopasowała się do sytuacji.

Coś mnie zabolało, tam w środku, w okolicy serca. Mój ukochany tak strasznie się męczył. Stało się to, czego najbardziej się obawiałam. Powróciła ta jego okropna depresja, o której mi opowiadał. Teraz na własne oczy widziałam jej skutki, i była to najokropniejsza rzecz na świecie. Najgorsze było to, że nie mogłam mu w żaden sposób pomóc, choć tak bardzo bym chciała, choć trochę mu ulżyć w tych męczarniach. Mój ukochany cierpiał, a ja wraz z nim.

Nie wiedziałam co robić i z bezsilności aż się rozpłakałam. Ponownie zmusiłam go by na mnie spojrzał. Zaczęłam składać na jego pooranej bliznami twarzy miliony malutkich pocałunków. Na policzkach, na nosie, na czole, gdzie tylko się dało. To był jedyny pomysł jaki wpadł mi do głowy, i miałam nadzieję że choć w minimalnym stopniu mu to pomoże.

Po dłuższym czasie, kiedy już skończyły mi się wolne miejsca i kiedy już miałam się od niego odsunąć, poczułam na swoich plecach jego dłonie. Przyciągnął mnie do siebie jeszcze bliżej i pocałował mnie w usta. Przywarłam do niego jak tylko mogłam najbardziej, każdym centymetrem swojego ciała. Całował mnie łapczywie i zachłannie, ale jednocześnie namiętnie i czule. Oddawałam pocałunki rozkoszując się dotykiem jego rozgrzanych warg na swoich.

Kiedy się od siebie odsunęliśmy spojrzałam mu czule prosto w oczy. To nic, że były teraz czerwone. To były najcudowniejsze oczy na całym świecie, bez względu na kolor. Widziałam w nich wszystko. Uczucie jakim mnie darzy. Całą jego duszę.

- Alice… – szepnął już spokojniej – Przepraszam.

- Już ci lepiej? – zapytałam troskliwie – Pomogło ci?

- To ty mi pomogłaś. Jesteś moim lekarstwem na wszystko. Moim aniołem stróżem. Tak strasznie cię kocham.

- Ja ciebie też kocham – szepnęłam wzruszona.

Wtuliłam się w jego ramiona a on schował twarz w moich włosach. Nie przeszkadzało nam nic, ani deszcz, ani burza która przed chwilą się rozpętała. Ważni byliśmy tylko my, siedzący na ziemi, i przytuleni do siebie.

- Jazz – powiedziałam cichutko – Nic się nie stało. Nie obwiniaj się o nic. Pamiętaj, że ja zawsze będę przy tobie. Bez względu na wszystko. Obiecuję ci to.

Złapał mnie delikatnie za podbródek i pociągnął do góry. Uśmiechnął się do mnie tak pięknie i czule, że poczułam że się roztapiam. Zachichotał cicho i ponownie złączył nasze usta w pocałunku.

Hm… :/

Ajajaj….

Cześć wszystkim. Pamiętacie mnie jeszcze? To ja, ta wariatka od Jalice ;)

Mówiłam, tylko kilka dni. Mówiłam, tylko kilka tygodni. A ile czasu mnie nie było? Prawie dwa miesiące. Jest mi z tego powodu naprawdę przykro, i nie wiem jak Wam to wynagrodzę.

Teraz moja sytuacja jest już chyba ustabilizowana, i będę miała czas zaglądać na bloga. Pytanie tylko, czy Wy tego jeszcze chcecie? Czy po mojej długiej nieobecności nadal chcecie czytać moją historię?

To, czy powrócę na bloga czy nie, zależy tylko i wyłącznie od Was. Nawaliłam na całej linii, wiem o tym. Jednak mam nadzieję, że może gdzieś tam są jeszcze te cudowne osoby, które były ze mną od początku i mnie wspierały. Jeżeli jesteście, napiszcie. Napiszcie, a ja postaram się wynagrodzić Wam wszystko.

Dziękuję Wam z całego serca. Poczekam kilka tygodni, może akurat. A jeśli nie, no cóż… Pozdrawiam wszystkich serdecznie.

Wasza Alice M

Rozdział 34 – PRZERWA DO ODWOŁANIA

Witajcie, moi najukochańsi. Tak, tak, nie pomyliliście się, odwołajcie wszystkie wizyty u okulisty, wasz wzrok funkcjonuje w jak najlepszym porządku. Pisałam Wam wcześniej, że czeka mnie w okresie wakacji duża przeprowadzka. Po za tym, ja też jestem tylko człowiekiem i chyba mam prawo odpocząć od codziennego życia, prawda? Pod koniec lipca wyjeżdżam na dwa tygodnie za granicę. Tak więc, wszem i wobec, ogłaszam WAKACYJNĄ PRZERWĘ, która skończy się prawdopodobnie pod koniec sierpnia lub na początku września. Zostawiam Was dzisiaj z trzydziestym czwartym rozdziałem, pełnym akcji i tajemniczym, tak jak to jest zazwyczaj w serialach. W zamian za moją nieobecność mogę Wam obiecać, że w najbliższym czasie pojawi się na blogu nowa zakładka i dodam tam przepiękny zwiastun, który wykonała moja cudowna przyjaciółka (ty wiesz, że to o tobie, mój ty wieczny anonimku ;)). Po za tym powoli zaczynam pracę nad nowym blogiem, też o tematyce Zmierzchu, ale nieco inny niż ten. Mam nadzieję że Wam się spodoba :) Nowy blog startuje po zakończeniu przerwy. O wszystkim powiadomię Was w stosownym czasie.

Tak więc zapraszam do czytania i komentowania, tradycyjnie. Życzę Wam udanych wakacji. Mam nadzieję, że wybaczycie mi tą małą przerwę ;) Pozdrawiam gorąco!  Wasza, Alice M.

 

 

 

Rozdział 34

Następnego dnia rano o godzinie szóstej wyszłam ze swojego pokoju. Pod drzwiami znów czekał na mnie uśmiechnięty Jasper. Podszedł do mnie i mocno mnie przytulił.

- Stęskniłem się – szepnął.

- Ja też, Jazz – odszepnęłam.

- Jazz? – zdziwił się.

- No wiesz, takie zdrobnienie – wyjaśniłam i puściłam mu oczko – Jest słodkie. No i to rewanż za wczorajszego „chochlika”, ty wielkoludzie.

Zrobił minę naburmuszonego dziecka. Westchnęłam i zeszliśmy na dół. Na fotelu siedział Edward i przeskakiwał pilotem kanały telewizyjne. Wyglądał na bardzo znudzonego. Podeszłam do niego.

- Może pojedziesz z nami? – zapytałam.

- Widziałem ten dom w myślach Carlisle’a jakiś tysiąc razy – prychnął – Nie, dziękuję, wolę zostać tutaj. Wybiorę się później z Emmetem na małe polowanie.

- Nam też by się przydało – odezwał się Jasper stając obok nas i podając mi małą parasolkę na wszelki wypadek. Ja też byłam już głodna.

- Pójdziemy jak tylko dotrzemy na miejsce. Carlisle na pewno się zgodzi. A tak właściwie to gdzie on jest?

- Czeka z Esme w garażu – Edward kiwnął głową.

- No to idziemy – powiedziałam – Na razie!

Wyszliśmy z Jasperem z domu i skierowaliśmy się w stronę garażu. Kiedy weszliśmy państwo Cullen sprzeczali się o wybór samochodu na drogę. Zaśmiałam się.

- O co chodzi Carlisle? – zapytałam.

- Nie możemy się zdecydować, którym samochodem pojedziemy. Ja wolałbym pojechać autem Emmeta, bo jest bardziej praktyczny na tak daleką drogę.

- Ale za to nasz jest bardziej elegancki – włączyła się Esme – Jedziemy do Wielkiej Brytanii, musimy się jakoś prezentować.

Doktor wywrócił oczami a ja ponownie się zaśmiałam.

- To może weźmiemy mój i Alice? – zaproponował Jasper, żeby załagodzić sytuację – Będziesz mógł prowadzić.

- Zgoda – odpowiedzieli jednocześnie po chwili namysłu.

Wyciągnęłam kluczyki z torebki i rzuciłam je doktorowi. Wsiedliśmy do naszego błękitnego jak niebo cudeńka. Usiadłam razem z Jasperem z tyłu. Carlisle odpalił auto i wyjechaliśmy z garażu.

Czekała nas bardzo długa droga nad ocean, a później mieliśmy popłynąć wynajętym przez doktora statkiem. Nie mogliśmy lecieć samolotem z uwagi na słabą jeszcze samokontrolę Jaspera. Mi też byłoby ciężko.

***

Jechaliśmy już ponad trzy godziny. Przez ten czas dużo rozmawialiśmy i żartowaliśmy. Esme opowiadała nam jak wygląda nasz nowy dom, a ja próbowałam go sobie wyobrazić.

- To piętrowy dom z wykorzystanym poddaszem – opowiadała z zachwytem – Pomalowany na kremowo, z dachówką jasną i ciemną na przemiennie. Ma duży garaż, wszystkie nasze samochody na pewno się w nim zmieszczą, Rose będzie zachwycona. Najpiękniejszy jest oczywiście ogród. Już nie mogę się doczekać kiedy będę mogła sadzić i pielęgnować te wszystkie rośliny!

- Pomogę ci we wszystkim – zaoferowałam się – Jeśli oczywiście będziesz chciała.

- Oczywiście że tak! – uśmiechnęła się – Może w końcu uda mi się zarazić kogoś pasją do ogrodnictwa.

- Będę pierwsza?

- Tak. Carlisle zawsze ma dużo pracy w szpitalu, Edward woli grać na fortepianie, Rosalie boji się że zniczy sobie paznokcie, a Emmeta nawet nie proszę. Jest taki duży, że jeszcze wszystko by mi podeptał!

- Dobrze, że tego nie słyszy – zaśmiał się Jazz.

- Och, powiedziałam mu to już. Najpierw się śmiertelnie obraził a później przyniósł mi małą sosnę, którą tak zmasakrował że musiałam ją wyrzucić.

- A jakie kwiaty najbardziej lubisz? – zapytałam.

- Hm… Nie mam chyba ulubionych. Bardzo lubię czerwone róże, ale stokrotki są takie urocze! Natomiast chryzantemy pachną tak pięknie, a hiacynty…

Nie usłyszałam już nic więcej, przed moimi oczami pojawiła się ciemność. Znalazłam się przy drodze. Podniosłam się z trawy i rozejrzałam dookoła. Z prawej strony jechał nasz samochód. Z lewej zaś pędził z ogromną prędkością biały mercedes. Jechał środkiem drogi, i wydawało mi się że pod prąd. Po chwili zjechał na nasz pas i pędził prosto na nas. Carlisle wykonał szybki manewr i w ostatniej chwili zjechał na pobocze. Niestety mercedes wpadł w poślizg i rozbił się o duże drzewo rosnące nieopodal. Przerażona chciałam podbiec i sprawdzić czy nic się stało, ale świat zawirował. Wizja się skończyła a ja znów siedziałam w naszym samochodzie.

- Nie! – krzyknęłam.

Ale było już za późno. Carlisle już ostro zahamował i zjechał na bok z piskiem opon. Z przerażeniem patrzyłam jak biały mercedes wpada na drzewo i ze straszliwym hukiem odgniata się na nim. Niezbyt mocna roślina zachwiała się i upadła pod wpływem uderzenia, przygniatając samochód.

I wtedy to się stało. Doleciała do nas woń ludzkiej krwi pomieszanej z alkoholem i dymem papierosowym. Znieruchomiałam.

- Jasper, nie! – krzyknął Carlisle.

Ale Jaspera już nie było. Nie bacząc na nic rzucił się w kierunku rozbitej maszyny. Szybko zrobił dziurę w dachu i dopadł do ofiary, wbijając swoje kły w jej szyję. Było już za późno.

Esme odwróciła wzrok i zatknęła dłonią nos. Doktor spojrzał na mnie z przerażeniem w oczach.

Cała wręcz dygotałam. Nie mogłam się poruszyć o milimetr, a nawet wypowiedzieć choćby jednego słowa. Woń była za silna, a ja zbyt głodna. Nie myślałam o niczym innym, tylko o ciepłej, smakowitej, czerwonej cieczy która mogłaby ugasić pożar w moim gardle który niespodziewanie wybuchł. Zaciskałam dłonie na krawędzi siedzenia. Spoglądałam to na Jaspera, to na Carlisle’a. Nie wiedziałam co robić. Zza moich zaciśniętych ust wydobył się cichy jęk.

- Alice – powiedział drżącym głosem doktor – Spokojnie. Wiedz, że nie chcę cię do niczego zmuszać. Pragnę cię tylko prosić byś choć spróbowała się powstrzymać. Ale jeżeli nie dasz rady, nic nie szkodzi. Taka jest nasza natura.

Nie odpowiedziałam, ponownie jęknęłam.

- Idź sprawdź co z tymi ludźmi – włączyła się Esme – Może ktoś przeżył, może da się coś jeszcze zrobić. My tu zostaniemy. Daj mi kluczyki.

Carlisle posłusznie oddał żonie klucze i pobiegł do rozbitego samochodu, zbierając ze sobą podróżną apteczkę.

- Zamknij samochód – wysyczałam przez zaciśnięte zęby.

Esme pokiwała głową, nacisnęła przycisk i drzwi naszego auta się zablokowały. Odwróciła się do mnie i złapała mnie mocno za rękę, patrząc ze współczuciem.

- Będzie dobrze – szepnęła.

Tak bardzo chciałam jej wierzyć, ale nie potrafiłam. Trzęsłam się cała i mimowolnie cicho warczałam. Spojrzałam przez szybę na Jaspera. Właśnie opróżniał z krwi drugie ciało. Carlisle spojrzał w naszą stronę i smutno pokręcił głową na znak, że nikt nie przeżył tego strasznego wypadku.

Krzyknęłam i wyrwałam rękę z uścisku wampirzycy. Zupełnie nad sobą nie panowałam, jakby ktoś lub coś przejęło władzę nad moim ciałem i umysłem. Zaczęłam histerycznie krzyczeć i szarpać za drzwi. Byłam taka głodna! Boże, dlaczego nie poszliśmy wcześniej na to polowanie?! Dlaczego tego wszystkiego nie przewidziałam wcześniej?!

Jakby w zwolnionym tempie zobaczyłam jak Carlisle wyciąga na zewnątrz ostatnie, zakrwawione ciało młodego mężczyzny.

I wtedy miarka się przebrała. Szarpnęłam za drzwiczki, które tym razem nie stawiały żadnego oporu. Usłyszałam za sobą ciche „przepraszam”, ale nie zwracałam już na to uwagi.

Wybiegłam z auta najszybciej jak potrafiłam, kierowana głodem i rządzą mordu. Carlisle mnie zauważył i ze smutnym wyrazem twarzy odsunął się, nie chcąc wchodzić mi w drogę i wiedząc, że nic mnie już nie powstrzyma.

Dopadłam do ciała jak oszalała i nie czekając już na nic, wbiłam swoje zęby w ciało chłopaka. Wysysałam życiodajną ciecz szybko i łapczywie. Ludzkiej krwi nie dało się w żaden sposób porównać do zwierzęcej. Była o wiele pożywniejsza, smaczniejsza i słodsza. Pożar, który palił moje gardło powoli przygasał, ale ja wciąż nie miałam dość. Chciałam więcej, więcej i więcej.

Zobaczyłam jak Jasper posila się ostatnim ciałem i warknęłam. Już chciałam się na nich rzucić, kiedy poczułam na swojej talii silne ramiona. Nie wiedziałam kto to,  byłam jeszcze głodna i pragnęłam więcej krwi. Wyrywałam się i szamotałam na wszystkie strony, lecz ten ktoś był ode mnie silniejszy. Znów zaczęłam wrzeszczeć, a później histerycznie się rozpłakałam.

- Spokojnie, Alice – usłyszałam głos – Spokojnie, wszystko będzie dobrze.

- Zostaw mnie! – wysyczałam jednocześnie warcząc i szlochając – Błagam, zostaw mnie! Zostaw!

Szarpnęłam się mocniej i uwolniłam się z uścisku. Moja wolność nie potrwała jednak zbyt długo, bo po chwili upadłam na kolana i drugi już dzisiaj raz pochłonęła mnie ciemność.

Obrazy jakie widziałam były błahe i tak naprawdę nic nie znaczące, głównie związane z Carlisle’em. Pierwszy obraz – Carlisle jedzie na stację benzynową zatankować. Drugi obraz – Carlisle wypełnia jakieś papiery. Trzeci obraz – Carlisle czyta książkę. Czwarty obraz – Carlisle i Esme idą na zakupy. Po dłuższej chwili zrozumiałam, że doktor celowo podejmuje takie krótkie decyzje żeby zająć mnie czymś wywołując wizję. Podczas wizji nie wiem co się ze mną dzieję i nie mogę nic zrobić. Bardzo sprytnie.

Po jakimś czasie, nie wiem jak długim, wszystko zawirowało i wizje się skończyły. Znalazłam się w naszym aucie, leżałam na tylnych siedzeniach. Carlisle odpalił i z piskiem opon ruszył w drogę powrotną. Ale co z Jasperem?! Przecież on tam ciągle jest!

- Jasper – mamrotałam pomimo bólu gardła i dziwnego zmęczenia – Jasper… On został… Trzeba go zabrać…

- Cii, wszystko w porządku – powiedział doktor – Wrócimy po niego, nie martw się o nic. Odpocznij i spróbuj się uspokoić. Już wszystko dobrze.

Kątem oka zauważyłam jak Esme wyciąga ze swojej torebki telefon i wybiera jakiś numer. Przyłożyła telefon do ucha i zaczęła gorączkowo mówić :

- Edwardzie, weź kogoś ze sobą i natychmiast przyjeżdżaj!

Nie słuchałam dalszej części rozmowy. Opadłam na siedzenia z głośnym płaczem, uświadamiając sobie, co przed chwilą zrobiłam.

Rozdział 33

Hej hej!  Hm… Ostatnio odniosłam wrażenie, że poprzedni rozdział Wam się zbytnio nie podobał, tak mało komentarzy było, nie wiem. Jeśli zrobiłam coś źle, jeśli popełniłam jakieś błędy to nie bójcie mi się ich wytykać. Serio, przyjmę wszystko na klatę ;) A dzisiaj kolejny rozdzialik, trzydziesty trzeci. W nim jeszcze takie srele-lele i ogólnie nudy do zarzygania, ale to jest takie małe wprowadzenie do tego, co będzie się działo za tydzień. Jestem pewna, że wtedy nie będziecie narzekać na brak akcji :) Więc proszę Was bardzo, przęmęczcie się jeszcze dzisiaj, kolejny rozdział będzie o wiele ciekawszy.

No, a teraz druga sprawa. Wiem, wiem, za dużo piszę, ale to muszę! Napiszę i już się zamykam, obiecuję! :D No więc, chodzi mi o to, że ostatnio mam dużo weny i ciekawych pomysłów, których niestety nie mogę wprowadzić do tego bloga bo coś mi tam w każdym nie pasuje. I tak dobie pomyślałam, że może fajnie byłoby się dalej rozwijać i założyć kolejnego bloga. I moje pytanie jest następujące : Czy jest tutaj ktoś, kto podjąłby się zadania i zechciałby prowadzić tego nowego bloga razem ze mną? Jeżeli tak, to zainteresowanych proszę o zgłoszenie się w komentarzu, a ja później udzielę wszystkich informacji. Fajny pomysł, co nie? Ah, dobra, już się zamykam! XD

Zapraszam do czytania i komentowania miśki :-*

 

 

 

Rozdział 33

Siedzieliśmy nad stawem jeszcze dwie godziny. Bardzo dużo rozmawialiśmy. Jasper opowiedział mi o tym, co czuł podczas tych kilkunastu dni, jak myślał że jestem szczęśliwa i jak nie chciał mnie krzywdzić. A kiedy ja opowiedziałam mu wszystko ze swojej perspektywy, zaczął mnie przepraszać i wręcz błagać o wybaczenie. Nic nie powiedziałam, złożyłam tylko na jego policzku całusa.

- Ojej, już późno! – powiedziałam w pewnym momencie – Czas wracać, pozostali będą się o nas martwili.

Wstaliśmy i powoli ruszyliśmy w drogę powrotną. Nikt się nie odzywał, ale tym razem ta cisza była przyjemna. Cały czas patrzyłam się na Jaspera jak zaczarowana. On uśmiechał się do mnie czule. Nie czułam jeszcze potrzeby by trzymać go za rękę czy cały czas się do niego przytulać, tak jak to robiły inne pary, chociażby Rosalie i Emmet. Ja nawet nie wiem czy my w ogóle parą jesteśmy. Wyjawiliśmy sobie nasze uczucia, ale to nie oznacza że od razu musimy być razem. A tak wystarczały nam po prostu spojrzenia. Nie potrzebowaliśmy słów.

- Muszę podziękować Peterowi – powiedział gdy byliśmy już blisko domu – Nie wiem jakim cudem, ale udało mu się przemówić mi do rozsądku.

- Jak to?- zdziwiłam się – Peter też z tobą rozmawiał?

- Nie mów mi, że rozmawiałaś z Charlotte.

- Żebyś wiedział, że rozmawiałam!

Głośno i szczerze się roześmiałam. Kiedy skończyłam zauważyłam, że Jasper przygląda mi się z błyskiem w oku. Uniosłam pytająco brew.

- Coś się stało?

- Nie, nic – odpowiedział – Po prostu tak długo nie słyszałem twojego śmiechu.

Uśmiechnęłam się do niego szeroko i pociągnęłam za rękę w kierunku drzwi wejściowych. Jednak gdy tylko weszliśmy do środka od razu go puściłam. Zgodnie ustaliliśmy, że najlepiej będzie jak na razie nikt nie będzie o niczym wiedział, póki wszystko się nie unormuje.

W salonie siedzieli Carlisle, Esme, Charlote i Peter. Ci ostatni wydawali się na nas czekać. Spoglądali na nas z wyraźną ciekawością i podekscytowaniem. Podeszłam do Charlotte i mocno ją przytuliłam.

- Dziękuję – szepnęłam jej do ucha, tak żeby tylko ona usłyszała. Uśmiechnęła się.

- Nie masz za co – odszepnęła – Ja przecież nic nie zrobiłam.

Puściła do mnie oczko i jeszcze raz się uściskałyśmy. Kątem oka zauważyłam dwie torby podróżne stojące przy drzwiach w przedpokoju.

- Już wyjeżdżacie? – zapytał smutno Jasper – Byliście tak krótko.

- Nie chcemy wam robić kłopotu – powiedział Peter – Teraz ruszamy do Ameryki Południowej. Czekaliśmy na was, z pozostałymi już się pożegnaliśmy. Dziękujemy wam bardzo za miłą gościnę. Obiecuję, że niedługo znów do was zajrzymy. Oczywiście jeśli będziesz chciał spotkać się ze starymi przyjaciółmi.

- Hm… – Jasper podrapał się po brodzie, udając że się zastanawia – No nie wiem, przemyślę jeszcze twoją propozycję – powiedział, poczym wszyscy zebrani wybuchli śmiechem.

- No nic, na nas już pora – powiedziała Charlotte łapiąc Petera pod ramię.

- Brazylia czeka – dodał Peter.

Pożegnaliśmy się uściskami i życzeniami miłej drogi. Kiedy wyszli, wraz z Jasperem długo jeszcze staliśmy na werandzie machając naszym gościom. Przez zaledwie kilka dni zdążyłam ich bardzo polubić, i już traktowałam ich jak przyjaciół. Miałam nadzieję, że spotkamy się ponownie niedługo.

***

Tę noc spędziłam samotnie w swoim pokoju, rozmyślając, jakie to ja mam cholerne szczęście. Martwiłam się, że Jasper już mnie nie lubi, a teraz okazało się że mnie kocha. Byłam najszczęśliwszą wampirzycą na całym świecie.

Rano, około godziny dziewiątej, Carlisle zapowiedział naradę rodzinną. Miał dzisiaj dzień wolny i koniecznie chciał przedyskutować jaką ważną sprawę.

Jak co dzień poszłam do łazienki, umyłam się, ubrałam i uczesałam. Kiedy wyszłam z pokoju z zamiarem zejścia na dół, przed drzwiami czekała na mnie miła niespodzianka.

- Dzień dobry – uśmiechnął się Jasper.

Miał na sobie ciemną, obcisłą koszulkę, która eksponowała jego mięśnie. Jasne włosy miał ułożone w nieładzie, a na twarzy kwitł szeroki uśmiech. Wyglądał przeuroczo. I zauważyłam, że od wczoraj coraz częściej się uśmiecha. Widząc go w takim dobrym nastroju od razu robiło mi się cieplej na sercu.

- Dzień dobry.

- Jak minęła noc? Wyspałaś się? – zapytał i puścił do mnie oczko.

- I to jak! – zaśmiałam się – Chyba nigdy nie spałam lepiej niż dzisiaj. A jakie miałam piękne sny!

- Zdradzisz mi o czym one były?

- Chciałbyś – zachichotałam i szybko cmoknęłam go w policzek.

Razem zeszliśmy do salonu, gdzie czekali już wszyscy. Usiedliśmy na kanapie obok Esme. Carlisle zabrał głos.

- Kochani – zaczął – Zebrałem was wszystkich, bo musimy omówić bardzo ważną sprawę. W najbliższym czasie czeka nas przeprowadzka.

- Ach, znowu? – jęknęła niepocieszona Rosalie.

- Rose, dobrze wiesz na czym to polega. Nie starzejemy się, ani trochę nie zmieniamy, a ludzie to wszystko widzą. Już dawno zaczęli plotkować. I tak byliśmy tu bardzo długo bo aż cztery lata.

- Przepraszam – wtrąciłam się, zwracając się do Carlisle’a – Ale chyba czegoś nie zrozumiałam. Skoro możemy być w jednym miejscu przez najwyżej kilka lat, to jakim cudem tu jeszcze jesteście? Wspominałeś o tym miejscu podczas naszej pierwszej rozmowy która miała miejsce dwadzieścia osiem lat temu…

- Tak, to prawda – odpowiedział doktor – Ale czasami, gdy mamy jakieś szczególnie ulubione miejsce, po jakimś czasie tam wracamy. W tym domu jesteśmy już po raz drugi.

Podziękowałam skinięciem głowy.

- To gdzie przeprowadzamy się tym razem? – zapytał Emmet.

- Myślałem, że może warto byłoby teraz zmienić kontynent – kontynuował Carlisle, rozkładając przed nami na stoliku mapę świata i wskazując palcem na odpowiedni punkt – Wielka Brytania, stolica Walii, Cardiff. To bardzo ładne miasto, przeważają tam lasy iglaste, no i oczywiście bardzo dużo pada. Znalazłem piękny dom w samym sercu lasu sosnowego. Sądzę, że to idealne miejsce. A wy? Co o tym myślicie?

- Widziałam ten dom na zdjęciach – powiedziała podekscytowana Esme – Jest naprawdę przepiękny! A z tyłu jest wielki ogród i dużo miejsca do sadzenia kwiatów. Mi jak najbardziej odpowiada.

- Jakie zwierzęta są w tych lasach? – zapytał Edward.

- Przeważnie pumy, ale saren nie brakuje.

- To ja się zgadzam – uśmiechnął się miedzianowłosy.

- A niedźwiadki?! – wyrwał się Emmet – Błagam, powiedz że tam są niedźwiadki!

- Są i niedźwiadki – roześmiał się doktor.

- Juhu! – krzyknął uradowany Emm – Ja mogę tam jechać nawet zaraz!

- Spokojnie Miśku – uspokoiła go Rose – Najpierw musimy się spakować. Będziesz mi pomagał.

- Ups – jęknął i wszyscy się zaśmiali

- A wy? – zwróciła się do mnie i do Jaspera Esme – Co sądzicie?

- Nigdy nie byłem w Wielkiej Brytanii – odpowiedział Jasper – Najwyższy czas to zmienić. Jak najbardziej jestem za.

- A ja pojadę wszędzie, byleby z wami – dodałam z uśmiechem.

- Cieszę się, że wszyscy się zgadzamy – rzekł Carlisle – Dostałem w pobliskim szpitalu dobrze płatną pracę, a tutaj mam już wszystko załatwione. Zabierzemy się za przeprowadzkę jak najszybciej, właściwie to możecie się już pomału pakować. Wysłałem list do Denali z prośbą o pomoc przy…

W tej chwili jego słowa przestały do mnie docierać, a przed oczami pojawiła się ciemność. Po chwili znalazłam się przed domem. Podniosłam się z ziemi i zobaczyłam dużą ciężarówkę stojącą na podjeździe. Stały przy niej trzy blond włose wampirzyce i załadowywały na nią nasze meble. Nie zdążyłam się im dokładniej przyjrzeć, gdyż wszystko przed moimi oczami zawirowało, i znów siedziałam na kanapie obok Jaspera. Trzymał dłoń na moim ramieniu i przyglądał mi się z zatroskaniem. Posłałam mu uspokajający uśmiech.

- Co zobaczyłaś?

- Wampirzyce z Denali zgodziły się nam pomóc – odpowiedziałam.

- Świetnie – ucieszył się Carlisle – Kiedy przyjadą?

- Za tydzień.

- Ojej, mamy tak mało czasu – zmartwiła się Esme.

- Spokojnie, na pewno ze wszystkim zdążymy – pocieszył ją mąż, a później zwrócił się do nas – A co do was, pomyślałem też że moglibyście sobie zrobić przerwę od szkoły i na razie do niej nie chodzić.

- Dziękuję! – odetchnęli z ulgą jednocześnie Edward, Emmet i Rosalie.

- Szkoła? – zapytał zdziwiony Jasper. Mnie też to ciekawiło.

- Eh, coś okropnego – Edward machnął tylko ręką i zakończył temat. Postanowiłam zapytać go o to kiedy indziej.

- Jadę jutro do Cardiff załatwić resztę formalności – powiedział Carlisle – Jeżeli chcecie możecie jechać ze mną i obejrzeć dom.

- Zwariowałeś?! – wykrzyknęła Rose – Musimy się spakować, nie ma czasu na takie rzeczy! – złapała Emmeta za ramię i pociągnęła go do ich sypialni. Emm westchnął ciężko i z miną męczennika ruszył za swoją żoną. Zachichotałam.

- A my z Jasperem chętnie pojedziemy – powiedziałam – Prawda?

- Jeżeli chcesz to oczywiście – uśmiechnął się.

- Dobrze, więc wyjeżdżamy jutro z samego rana – zadecydował doktor i oddalił się do swojego gabinetu. Esme poszła za nim.

Edward usiadł przy swoim fortepianie i zaczął grać piękną, spokojną melodie. Westchnęłam zafascynowana i położyłam głowę na ramieniu Jaspera. Przy Edwardzie nie musieliśmy się kryć, on już wszystko wiedział z naszych myśli. Byłam mu wdzięczna za to, że nie powiedział nikomu o naszym sekrecie. Postanowiliśmy z Jasperem, że któregoś dnia oboje oficjalnie powiemy o tym reszcie rodziny.

- Kocham cię – szepnął Jasper i pocałował mnie we włosy – Mój mały chochliku.

Uśmiechnęłam się do niego szeroko, i zatonęłam w jego ciemno złotych oczach…